O GAUTAMIE, który już dość długo przebywał gdzieś daleko, nadeszły dobre wiadomości.

listopad 5, 2009 - autor: Jezus Chrystus

O GAUTAMIE, który już dość długo przebywał gdzieś daleko, nadeszły dobre wiadomości. Ojciec zastał go zdrowego i gorliwie uczącego się w jednym z klasztorów po drugiej stronie gór Vindhja. Ojciec był zaskoczony zmianą, jaka w młodym mężczyźnie zaszła.

»Nie jest to już chłopiec i prawie nie młodzieniec,« pisał książę. »Jego spojrzenie, które promienieje błogością, jest spojrzeniem dojrzałego mężczyzny. To, co z nim przeżyjemy, będzie na pewno dobre.«

Poseł, który przyniósł list, miał również wiadomości ustne. Książę opowiadał Gautamie o lwach. Młodzieniec przeraził się, że z powodu nakazu, zwierzęta na górze będą się przez całe życie odżywiać niezgodnie ze swoja naturą. Jeżeli mistrz zgodzi się na to, niech pośle oba zwierzęta Gautamie. W pobliżu klasztoru rozciągają się lasy, w których lwy mogłyby polować.

Propozycja spodobała się Siddharthcie. Spokojnie z lwami porozmawiał tak, że pozwoliły się umieścić w koszu i załadować na grzbiet słonia, który miał je nieść.

Trochę mniej podobało się to słoniowi, którego drażnił zapach zwierząt drapieżnych. Zaczął tak trąbić, że zbiegli się wszyscy mężczyźni.

Właściciel chciał słonia uderzyć, ale Siddhartha, który także przyszedł, nie pozwolił na to. Delikatnie położył rękę na boku słonia i półgłosem go przekonywał. Zwierzę powoli uspokajało się, tylko trąbą kiwało w prawo i w lewo.

Mistrz wyjaśnił mu, że tylko on może do Gautamy zanieść oba lwy. Zwierzęta są po prostu nieszkodliwe i zupełnie łagodne.

Wyjął je z kosza i wziął na ręce. Nosił je wokół słonia i pokazując mu lwiątka, życzliwymi słowami przekonywał, aż w końcu, uspokojony słoń dotknął trąbą małych tworów. Dopiero teraz zwierzątka można było umieścić na jego grzbiecie.

Siddhartha odwrócił się do Indusa i mówił:

»Widziałeś, że miłość może wszystko pokonać. Co byś miał z tego, gdybyś słonia uderzył? Straciłbyś jego zaufanie i przychylność, ponieważ to on miał rację. Ma wrodzoną niechęć do drapieżników, aby mógł się przed nimi bronić. Gdybyś tego sprzeciwu nie złamał porozumieniem, uwierz mi, kijem byś tego nigdy nie dokonał.«

A Ind, który kochał swego słonia, zrozumiał.

VASISZTHA i Sisana wzięły się do swojej pracy.

październik 27, 2009 - autor: Jezus Chrystus

VASISZTHA i Sisana wzięły się do swojej pracy. Wszystkie kobiety w ogóle wykonywały swoje rozliczne, często nielekkie obowiązki tak samoczynnie i cicho, że się o tym prawie nie wiedziało.

Dla nich było to oczywiste. Obydwie rzadko zwracały się do mistrza, jeżeli już do tego doszło, musiała być jakaś szczególna przyczyna, która skłoniła je do odwiedzenia góry. Tak było i tym razem. Obydwie miały w sercu pilna prośbę i chciały ją razem przedłożyć mistrzowi.

Siddhartha z zadowoleniem słuchał, co miały mu do powiedzenia kobiety. Vasisztha odnosiła sukcesy w budzeniu śpiących dusz. Wiele żeńskich dusz obudziło się i by w bezruchu obudziło w aktywne życie.

Obie kobiety dojrzały do tego, że w pracy nie powinny się ograniczać do jednego księstwa. Vasisztha po cichu wyszkoliła kilka kobiet, które przez własne przeżycia dojrzały do poznania. Teraz przyszły zapytać Siddharthę, jak można rozmieścić kobiety w całym kraju.

»Gdybyście przyszły wcześniej!« żałował Siddhartha. »Książę Suddhodhana mógł wziąć kobiety ze sobą. Ja już jestem zbyt stary, żebym mógł podejmować się takich dalekich podróży.«

»Wybacz, mistrzu, nie to miałyśmy na myśli. Nie chcemy, aby kobietom były przydzielane nowe funkcje publicznie ze wszelkim dostojeństwem. Siostry, które dotąd nie obudziły się, nie miałyby już od początku do nich zaufania. Dlatego będzie lepiej, gdy będą wędrować po kraju pieszo, po cichu i nie zwracając na siebie uwagi. Tak wyszukają sobie klasztory i dołączą do sióstr. Ale gdybyś mógł dać kobietom list polecający dla przełożonych klasztorów, byłybyśmy ci wdzięczne.«

Siddhartha rozumiał powody, ale obawiał się, że to zbyt duże poświęcenie ze strony delikatnych kobiet, przyzwyczajonych do wygody, wyruszenie na drogę.

»Nie potraficie sobie w ogóle wyobrazić, co to znaczy!« ostrzegał je. »Taka kilkutygodniowa wędrówka, to dla kobiet wielkie wyrzeczenie. Nogi im opuchną i będą bolały. Znam to przecież z własnego doświadczenia, a wtedy, gdy ja chodziłem w kurzu dróg, byłem silnym mężczyzną. Gdybyście chociaż chciały pojechać na słoniach!«

Vasisztha uśmiechnęła się:

»Wolę raczej iść pieszo, niż wsiąść na takiego potwora. Dużo nam o tym opowiadały te, które taką jazdę już przeżyły. Nie, mistrzu, kobiety z ochotą przyjmą wszystkie te trudności, które je czekają, jeśli tylko będą mogły służyć. W dowód wdzięczności, że same mogły poznać Pana świata, chcą doprowadzać do Niego również inne. Gdyby w podróży skorzystały z jucznych zwierząt, wzbudziłyby tylko zbędny niepokój.«

Jeszcze raz próbował Siddhartha przekonać obie kobiety, ale nadaremnie. Prosiły go, aby najszybciej, jak to tylko jest możliwe, przyszedł do ich klasztoru i sam porozmawiał z siostrami.

Od razu następnego dnia odwiedził klasztor i spotkał się z grupą dwudziestu kobiet ze szlacheckich rodów. Były jeszcze młode i cieszyły się, że będą pracować, ale ich ciała były słabe. Kiedy Siddhartha powiedział o swoich obawach, kobiety roześmiały się:

»Jesteśmy słabe, ale za to wytrwałe. Wytrzymamy więcej, niż inni myślą. Jeżeli mistrz nie ma innego powodu, aby naszego planu nie zaakceptować, to proszę pozwolić nam odejść.«

I tak, jak kobiety chciały, tak też się stało. Dwadzieścia kobiet odeszło. Nie szły wszystkie razem, ale podzieliły się na grupy. Po dwie albo trzy opuszczały klasztor i udawały się w różnych kierunkach. Były jednak pod ochroną Wiecznego, ponieważ nie było między nimi ani jednej, która podjęłaby tę podróż z powodów osobistych.

SARIPUTTA był ułożony do odpoczynku tak, jak wcześniej Anaga i jak to było w zwyczaju po drugiej stronie Himalajów.

październik 7, 2009 - autor: Jezus Chrystus

SARIPUTTA był ułożony do odpoczynku tak, jak wcześniej Anaga i jak to było w zwyczaju po drugiej stronie Himalajów.

Dotąd było zwyczajem, że martwe ciała dostojnych mężów były spalane na stosach. Do im wyższej kasty zmarły należał, tym szlachetniejszego drzewa używano.

Jeżeli zmarł bezdzietny, albo jeżeli synowie zmarłych byli już tak samodzielni, że nie potrzebowali matki, wdowy dawały się spalić razem ze zmarłymi, aby ich dusze przeszły na tamten świat z duszą męża.

Cielesne szczątki wszystkich innych były zawijane do płócien i odnoszone do lasu, gdzie zostawiano je na pastwę zwierzętom. Ponieważ według wiary braminów dusza właśnie rozpoczynała wędrówkę, nie było ważne, co stanie się z ciałem.

Od czasów, gdy szerokie masy ludzi uwierzyły w Wiecznego, Siddhartha ten straszny zwyczaj wytępił. Żarliwie walczył przeciwko paleniu wdów i przeciwko profanowaniu zwłok poprzez wynoszenie ich do lasu, ale nic lepszego ukazać nie potrafił.

Pozostawił ten problem woli ludzi, czy będą swych martwych spalać na stosach. Większość tak robiła, ale niektórzy odnosili zwłoki do poświęconej rzeki Ganges.

Pewnego dnia Rahula opowiadał, jak pochowują swoich zmarłych w klasztorach tybetańskich. Jego opis zainteresował Siddharthę tak, że ten postanowił wprowadzić ten sposób i tu. Dlatego polecił Anagę i Sariputtę pochować w małych jaskiniach na górze Wiecznego.

Jaskinie były zamurowane, a przed nimi stały tablice nagrobkowe z krótkim napisem. Przed grobem Anagi można było przeczytać:

»Anaga, nasza siostra w duchu.«

Grób był położony tak, że kobiety mogły łatwo przechodzić obok niego. Przynosiły z sobą kwiaty, które kładły na tablicy albo na ziemi.

Kiedy miała być przygotowana tablica dla Sariputty, Siddhartha długo rozmyślał o odpowiednim napisie. Nie mógł przypomnieć sobie niczego, co by zwięźle wyraziło to, co sam chciał powiedzieć.

Zaproponował już wiele napisów, ale za każdym razem, kiedy miał oddać projekt pomagającemu bratu, by ten wyciosał go na tablicy, niszczył napis. Tak było i dziś.

Nagle podszedł do niego Gautama. Chłopiec od śmierci Sariputty bardzo spoważniał. Siddhartha nie wiedział, co się w tej duszy odgrywa. Ale ponieważ wnuk sam o tym nie mówił, dziadek szanował jego milczenie.

»Siddhartho, czy dałeś już polecenie na wykonanie napisu na Sariputty nagrobku?« spytał skromnie. Pytany pokręcił głową.

»Proszę cię więc, abyś pozwolił wyciosać te słowa: »Sariputta, nasz brat, był u nas. Wróci znowu jako brat i będzie pomagać całemu naszemu narodowi.««

»Jest to dobre, Gautamo, powiedz bratu, aby to wyciosał.«

To było wszystko, co mógł Siddhartha powiedzieć. Wzruszyło go, że chłopiec wpadł na to, o czym on gorliwie przez wiele dni nadaremnie myślał.

Anaga miała rację – Gautama był z nich trzech największy.

Gautama odwrócił się, aby odejść i wypełnić polecenie mistrza. Ale jeszcze obejrzał się i powiedział głosem wyrażającym jasność i pewność decyzji:

»Siddhartho, miałbyś dla mnie czas? Później chciałbym cię o coś zapytać.«

Mistrz przytaknął i chłopiec pobiegł. Siddhartha w tym momencie uświadomił sobie, że teraz dowie się, czym jest zaabsorbowana jego czysta dusza. Zauważył też, że Gautama zwrócił się do niego imieniem Siddhartha. Chciał zapytać, dlaczego.

Chłopiec wrócił bardzo szybko. Usiadł u nóg Siddharthy na skórze tygrysa. Siddhartha przyglądał się czystym rysom twarzy, które wyglądały poważnie, bez najmniejszych śladów wzruszenia. Młoda twarz wyrażała spokój i opanowanie.

»Siddhartho, ty wiesz, że cieszę się, że tu jestem…«

Serce Siddharthy zamarło z niepokoju. Czyżby chłopiec chciał go opuścić? Znalazło to odbicie w jego twarzy.

Gautama proszącym gestem położył rękę na ręce dziadka.

»Ale ja muszę iść dalej,« kontynuował opanowany głos młodzieńczy. »Muszę poznać wszystkie klasztory w kraju i cały naród jako całość. Sariputta mi to powiedział w swojej ostatniej godzinie. Nie zrozumiałem jego słów od razu, ale wiedziałem, że jest to polecenie Wiecznego.

Teraz to wiem, a Sariputta mi pomaga. On jest jeszcze bardzo blisko nas, ale teraz rozumie wszystko lepiej niż przedtem. Widzi to inaczej.

Powiedział mi, że tu, na ziemi wierzył, że to, czego oczekuje ode mnie Wieczny, mogę spełnić tylko jako władca. Teraz wszakże wie, że mogę służyć z jakiegokolwiek miejsca. I jeśli będę kimkolwiek, muszę służyć całemu narodowi, wszystkim synom Indusu, nie tylko jego jednej części. Dlatego teraz muszę także ich wszystkich poznać.

Ty sam też w swej młodości byłeś prowadzony przez cały kraj, dlatego mnie zrozumiesz!«

»Ale ty jesteś młodszy, niż ja byłem wtedy,« zarzucił Siddhartha, któremu słowa chłopca sprawiały ból.

»Doprowadzono cię do tego bardzo późno, było to związane ze szczególnymi okolicznościami twojego życia, Siddhartho. Mnie pozwolono rozpocząć wcześniej. Pozwolisz mi odejść, tak? Rano Savi chce jechać ze swoimi przewodnikami do domu. Pozwól mi z nim odjechać!«

»Już rano?« zapytał wstrząśnięty Siddhartha.

Ale zapanował nad sobą. To, że przywiązał się tak do dziecka, jest oznaką starości. Tak nie może być!

»Jedź i ucz się, moje dziecko,« mówił miękkim głosem. »Widzę, że jest to wola Pana wszystkich światów. Jeśli chcesz być jego służebnikiem, to cię poprowadzi i pozwoli ci się przygotować. My, ludzie nie powinniśmy w to ingerować.«

Gautama gorąco podziękował, a jego twarz, na początku tak poważna, rozjaśniała z radości.

Przygotowania do odjazdu skończyły się tak szybko, że Siddhartha miał prawo sądzić, że Gautama miał wszystko już dawno przygotowane.

»Nie chciałbyś jechać najpierw do Rahuli?« pytał wieczorem chłopca. »Przyjmie cię z miłością i zrozumie cię, jest taki sam, jak my.«

»Właśnie dlatego nie chcę jechać najpierw do niego!« rzekł Gautama zdecydowanie. »Muszę uwolnić się ze wszystkich ziemskich pęt, wszystkich wpływów, które powstają na podstawie tego samego pochodzenia. Nie mogę znać ani ojca, ani matki, żeby mnie mógł Wieczny sformować tak, jak mnie będzie potrzebował. Muszę być w jego stworzeniu wolny! Mogą mnie kształtować wszyscy jego służebnicy, wszystkie moce i siły, które od niego pochodzą, ale nie bardziej kochający ludzie.«

»To dlatego mówisz do mnie Siddhartha?« pytał starzec z budzącym się zrozumieniem.

»Tak, dlatego! Wyszło to samo z siebie. Szanuję cię jako mistrza, którym jesteś dla mnie i dla wszystkich pozostałych. Tylko w ten sposób mogę czuć się z tobą połączony. Więzy łączące mnie z dziadkiem musiałem rozwiązać.«

Pożegnanie, przebiegające następnego dnia rano na oczach braci było serdeczne, ale bardzo krótkie. Braciom było żal, że Gautama odchodzi. Odprowadzały go niezliczone życzenia błogosławieństwa, a jeszcze więcej próśb, aby szybko wracał.

Wszystkim brakowało słonecznej obecności chłopca. Nie był głośny, rzadko zwracał na siebie uwagę, ale źródło radości, które tryskało z niego na innych, teraz dla wielu wyschło.

Inni jednak czuli, że źródło istnieje nadal, zauważyli, że Gautama był w duchu często z nimi i że to połączenie może pokonać odległości.

Do nich należał także Siddhartha. Jego tęsknota do obecności Gautamy nie trwała nawet jednego dnia, kiedy znalazł w duchowym promieniowaniu bogatą rekompensatę. Przypomniał sobie złote nitki, które wokół niego kiedyś tkały pobożne modlitwy Mai. Jak mógł o tym zapomnieć!

I te nitki miały go czegoś nauczyć. Ukazywały mu przecież wyraźnie, że modlitwy nie są daremne, jeżeli wychodzą z czystego serca. Przyczepiają się do drugiej osoby, pokrzepiają ją i wytwarzają połączenie. Gdzie? Wystarczy, jeśli nawiąże się kontakt między dwojgiem ludzi? Siddhartha myślał dalej.

Nie, modlitwy muszą płynąć w górę, do tronu Wiecznego, dopiero potem mogą mieć skutki. Do czego służą w takim razie złote nitki, które łączą jednego człowieka z drugim?

Siddharthcie przerwano rozmyślania ogłaszając przyjście obcych, których zauważono na drodze. Od czasu, gdy drogi nie strzegły węże, byli ludzie podwójnie czujni. Jeszcze nigdy wprawdzie do góry Wiecznego nie zbliżyło się nic złego, ale Amuruddba był też nad wyraz ostrożny.

I on zestarzał się i jego odejście będzie ciężkim ciosem dla góry. Mistrz postanowił jak najszybciej z nim porozmawiać i poprosić go, aby wychował swego następcę. Któżby troszczył się o te wszystkie sprawy, które wierny Amuruddba milcząco i niezauważalnie wziął na siebie?

Znowu chciał zanurzyć się w rozmyślaniach, gdy zabrzmiało wołanie, że goście właśnie przybyli. Kroki szybko zbliżały się do komnaty. Książę Suddhodhana! To była nieoczekiwana radość! Ojciec i syn przywitali się.

Jak tylko książę usiadł, zapytał:

»Gdzie jest chłopiec Siddhartha? Chciałbym z nim porozmawiać o czymś ważnym.«

Mistrz wystraszył się. Prawie jąkając się opowiadał, że Gautamy nie dało się zatrzymać.

»To go nie ma?« zawołał ojciec i słoneczny uśmiech przeleciał przez jego twarz. »A ja specjalnie właśnie po to tu przyjechałem! Dowiedziałem się, że mój najstarszy syn ma zamiar poświęcić się służbie Wiecznemu i zrzec się księstwa. Przyszło mi do głowy, że najwyższy czas, aby syn poznał cały nasz naród, ponieważ całemu narodowi ma kiedyś pomóc.«

»Obydwaj, ty i Gautama, mówicie o »naszym narodzie«. Co macie na myśli? Chłopca nie chciałem pytać, ale ty mógłbyś mi wyjaśnić, co kryje się pod tymi słowami?«

Suddhodhana odpowiedział bez dłuższego zastanawiania:

»Nasz naród to wszyscy, którzy pochodzą z plemienia Indusów, wszystko jedno, czy są to Drawidowie, Virudowie albo Vastusovie. Według prastarych podań, ojcem tych wszystkich ludzi był Indus. Ludzie ci zamieszkują tereny między Himalajami a morzem, niezmiernie rozległe ziemie, omywane ze wszystkich stron burzliwymi falami. Tylko z jednej strony wznoszą się do zawrotnych wysokości ośnieżone góry, strażnicy naszych granic.

Cała ta ziemia rozdzielona jest pasami gór albo pojedynczymi szczytami na wiele małych części, którymi władamy my, książęta. To jest właściwe. Naszym głównym obowiązkiem jest troska o naszych poddanych.

Poza książętami są również potrzebni tacy mężowie, jak ty, ojcze i jakim ma się stać chłopiec Siddhartha, którzy na wszystkie małe księstwa patrzyliby jak na jedną całość, jak na swój naród, którzy zjednoczyliby je w jednej wierze i pomagaliby mu wewnętrznie i zewnętrznie się wzmocnić.«

Suddhodhana na chwilę umilkł.

»Ojcze,« kontynuował po chwili pełen miłości. »Długo o tym rozmyślałem, byłem bliski tego, by wyrzec się swego księstwa i również poświęcić się służbie Wiecznemu. Ale mały Rahula jest jeszcze zbyt mały. Musiałbym czekać, aż będzie na tyle rozumny, aby móc panować.

Ale światły poseł, który w międzyczasie przyszedł do mnie, ukazał mi, że jeśli będę właściwie pełnić swoje zadanie jako książę, to też mogę służyć Bogu. Przykazał mi, że muszę nakłonić swego syna Siddharthę do dalszego uczenia się, w końcu powierzył mi zadanie, które wolno mi wykonywać w służbie Wiecznemu.

Dlatego na pewien okres opuściłem kraj. Odwiedzam jedno księstwo po drugim i dogaduję się z władcami. Światły poseł mi przykazał, abym ostrzegał przed niebezpieczeństwem, które grozi narodowi, jeżeli nie zjednoczymy się ze sobą. Mam spróbować utworzyć związek, w którym w razie niebezpieczeństwa i biedy wszyscy będą wzajemnie sobie pomagali.

Jeśli to mi się uda, wtedy i droga naszego Siddharthy będzie łatwiejsza.«

Starzec Siddhartha uważnie śledził te wyjaśnienia a potem rzekł z westchnieniem:

»Widzę, że starzeję się, ponieważ czuję radość, gdy pomyślę, że nie będę musiał rozwiązywać ani twego ani Gautamy zadania. Rozumiem jednak, że myśl o zjednoczeniu wszystkich plemion uszczęśliwia was. A teraz powiedz mi coś o swoich bliskich.«

Książę opowiadał tak interesująco, że wzbudził w Siddharthcie tęsknotę za tym, aby wszystkich zobaczyć.

»Może jeszcze kiedyś zobaczę swój stary kraj,« rzucił będąc w dobrym nastroju, »i nawet, gdyby to było tylko po to, żebym zobaczył swoich potomków, którzy wyrastają w pałacu.«

»Ojcze, miałbyś też zobaczyć świątynię, którą wybudowaliśmy. Nie rozumiem, że ci jej nie brakuje. Jest to tak uroczyste, gdy modlimy się do Pana Światła w pięknie ozdobionej świątyni.«

»Może być piękniejsza świątynia, miły synu, niż ta, którą zbudował On sam? Kiedy nad nami nieskończony błękit nieba, kiedy nas owiewa zapach kwiatów albo kiedy wiatr śpiewa, tworząc naszym głosom akompaniament, wtedy czujemy, że stoimy w środku stworzenia Wiecznego. Jesteśmy połączeni z jego dziełem, wyczuwamy łączność z jego służebnikami i dlatego właśnie, mimo całej niedoskonałości jesteśmy z nim połączeni.«

»Owszem, ojcze, tak to czujesz i rozumiesz ty,« rzekł Suddhodhana dotąd nie przekonany. »Wierz mi, niewielu ludzi czuje tak samo. Nieświadomie jednak coś tracą, jeżeli odmawiasz im wybudowania świątyni Wiecznego!«

Siddhartha obiecał, że porozmawia o tym ze swoimi wiernymi, ale dodał:

»I nawet, jeżeli zdecyduję się na budowę świątyni, to i tak zbuduje ją na pewno Gautama. Proszę Pana świata, aby mnie zostawił w tej funkcji tak długo, dopóki Gautama nie wydorośleje, aby mógł przejąć ją z moich rąk. On liczy pewnie na to, że powołam swego najstarszego syna, ale Rahula już za bardzo zrósł się z Utakamandu, a dla góry Wiecznego trzeba świeżych sił.«

Potem powiedział mu, co przekazała Anaga przed swoją śmiercią, mówił też o Sariputtcie, ale tylko to, co wiedział sam. O najważniejszych sprawach jogin mówił, zanim do niego sam przyszedł.

Suddhodhana zapytał później, czy ojciec rozumie jeszcze mowę zwierząt. Siddhartha przytaknął, ale od razu dodał:

»I w tym Gautama mnie prześcignął. Wspaniale potrafi obchodzić się z tym co stworzone. Mówi nawet z kwiatami i drzewami.«

»Nie chciałbyś wypróbować jeszcze raz swych umiejętności?« pytał się syn. »Przyniosłem ci dwóch nowych strażników góry.«

Zaklaskał. Słudzy, którzy czekali tylko na ten znak, weszli położyli u nóg mistrza dwa lwiątka. Zwierzątka się do niego z zaufaniem łasiły. Pochylił się nad nimi i pogłaskał je.

»Suddhodhano, myślisz naprawdę, że moglibyśmy pozwolić tym drapieżnym zwierzętom swobodnie tu biegać? Czym będziemy je żywić, gdy podrosną? Musielibyśmy pozwolić im przecież polować na zwierzęta, ale my nie chcemy, aby była na górze Wiecznego przelewana krew.«

Mistrz troskliwie przyglądał się przemiłym, ale niepożądanym gościom.

»Ojcze, zostaw je tu aż do mego odjazdu,« zaproponował książę. »Wtedy może znajdzie się jakaś rada.

Lwiątka się od Siddharthy nie chciały oderwać i chodziły za nim wszędzie jak psy. Kiedy Siddhartha szedł na plac na nabożeństwo, trzeba było je zamykać, aby nie szły za nim. Ale i tak długo i żałośnie miauczały, aż mistrz musiał im obiecać, że szybko wróci.

Lwiątka gorliwie przepędzały myszy, czym bardzo pomagały osadzie, bowiem według niezwykłego rozmnożenia się tych szkodników można było poznać, że nie ma tu węży.

Siddhartha oczekiwał z napięciem następnej wizyty małp, ale te spryciarki cieszyły się z małych lwiątek i bawiły się z nimi. Wyglądało to, jakby zwierzęta kierowały się nakazem, że na górze Wiecznego musi panować pokój.

Dni przeszły w tygodnie a Suddhodhana wyruszył w dalszą drogę. Lwiątka jednak tu zostawił. Kiedy Siddhartha to zauważył syn był już zbyt daleko, aby można było go zawrócić. Może później znajdzie się rozwiązanie, co z nimi.

Na razie mistrz cieszył się z wesołych i przymilnych zwierząt.

KIEDY Rahula wrócił do domu, zabrał się Siddhartha znowu do swoich rękopisów.

październik 3, 2009 - autor: Jezus Chrystus

KIEDY Rahula wrócił do domu, zabrał się Siddhartha znowu do swoich rękopisów. Stale jednak myślał o ostatnich słowach Anagi. Co miała na myśli ostrzegając go? Przecież jeżeli służy swojemu narodowi, służy tym także Wiecznemu. Czy można przy tym zapomnieć o Panu świata?

Przestroga nie wyszła jednak od jej duszy, ale przychodziła z góry. Musi o niej pamiętać. Chciał tego, ale nie rozumiał.

Nie zrozumiał nawet sensu słów przeznaczonych Rahuli. Jak by mógł strawić swe siły przedwcześnie? Wprawdzie rozumiał przypowieść o świetle palącym się z obu stron, ale czy był takim światłem Rahula? Obie te sprawy prawdopodobnie dotyczą czegoś, co ma dopiero nadejść, ale dziś nie mogą być brane pod uwagę. Te rozważania go uspokoiły.

O ostatnich słowach Anagi myślał i Gautama. Słów, które dotyczyły jego prawie nie słyszał, jego umysł był zajęty obydwiema przestrogami.

Jest to możliwe, aby Rahula był większy niż Siddhartha, którego nazywają mistrzem? Na czym więc polega wielkość? Młody Gautama na próżno myślał, zastanawiał się porównywał obu mężczyzn, którzy byli dla niego wzorem. Rozwiązania nie znalazł.

Pewnego dnia przechadzał się w zamyśleniu po ogrodzie, kiedy jego wzrok padł na wielki, do nieba wznoszący się cedr. Ponieważ w tej krainie cedr był rzadkością, pozostawiono mu swobodę i niczego wokół niego nie sadzono.

Szeroko rozkładał swoje konary i w słonecznym żarze szerzył się wokół delikatny, korzenny zapach. Gautama spacerując często przechodził koło cedru, ale dziś drzewo go szczególnie przyciągało.

Myślał: Rahula jest jak ten cedr! Stale dąży w górę i nic nie może go zatrzymać. I tak, jak cedr, daje innym cień i zapach, tak Rahula myśli o innych, a swoje życie poświęca tylko służbie. Nagle chłopiec zrozumiał, dlaczego Rahula był większy niż Siddhartha. Zrozumiał też, co to znaczy, że swój płomień trawi zbyt szybko.

Gautama kiedyś do naczynia z olejem założył knot tak, aby wystawały oba końce. Knot był nasączony olejem tylko w środku. Potem obydwa końce zapalił i cieszył się, że tak jasno płoną, aż nagle w niewiarygodnie krótkim czasie oba płomyki zgasły.

Rahula pracował ponad swoje siły. Wkraczał, gdzie brakowało pomocników nawet do prac fizycznych. Zauważył to i Gautama.

Jego prowadzący mu podpowiada, jak się nieustannie starć o swe poznanie, uczy się, pomaga innym, przypomina i napomina. W nocy pisze. Jest dziwne, że sam Wieczny mu daje strawę, myślał Gautama.

Siddhartha był inny. Nie oddawał się bez reszty tylko jednej czynności, myślał zawsze już o nowych zadaniach. Potrafił też cały dzień przeleżeć gdzieś pod drzewem i myśleć. Czegoś podobnego Gautama w przypadku Rahuli nie mógł sobie w ogóle wyobrazić.

Uważał za właściwe, że mistrz oszczędza siły dlatego, że jest już stary. Było by smutne, gdyby odszedł na tamten świat jak Anaga i nastałyby problemy, kto będzie jego następcą. Miał nadzieję, że jego następcą będzie Rahula. Ananda wprawdzie często zastępował Siddharthę, gdy ten wyjeżdżał lub chciał odpocząć, ale nie był ani tak mądry, ani wyróżniający się jak oni dwoje.

Gdy tak rozmyślał, drogę zastąpił mu jeden z jego małych przyjaciół.

»Gautamo, chodź ze mną,« skinął mu.

Chłopiec natychmiast posłuchał. Często zdarzało się, że mali zwracali jego uwagę na coś pięknego albo rzadko spotykanego.

Teraz go istotni prowadzili do lasu. Przedzierali się przez gęste zarośla, aż doszli do bezludnego, słońcem ogrzanego miejsca. Leżał tu jeden z wielkich wężów strażników i rozglądał się wkoło gasnącym wzrokiem.

»Miły, piękny wężu, zamierzasz opuścić tę ziemię?« pytał się Gautama i klęknął obok niego.

Zrozumiał, że wąż chciał go widzieć jeszcze raz, że chciał pożegnać się z człowiekiem, który zawsze miał dla niego przyjazne słowo. Lekko przejechał ręką po pięknym wzorze na jego grzbiecie, ale gad chciał więcej. Gautama zrozumiał słowo »Sariputta«.

»O co chodzi z Sariputtą?« pytał się pełen miłości. »Mam go zawołać? Nie? Co więc chcesz?«

Mały przyjaciel tłumaczył:

»Chciałby cię prosić, abyś zajął się Sariputtą, dlatego, że będzie czuł się bardzo opuszczony. Jest ostatnim z trzech węży. Codziennie odwiedzał starca i to była jego skryta radość. Sariputta jest już bardzo stary. Bądź dla niego dobry!«

Gautama to obiecał. Był wzruszony, że zwierzę tak głęboko odczuwało wierność, że nie chciało opuścić ziemi, zanim nie zatroszczy się o człowieka. Rozmawiał po cichu z wężem i dziękował mu za jego wierną służbę, którą on i jego bracia poświęcili górze.

»Będzie nam was brakowało,« zapewniał.

Wąż z wysiłkiem starał się odpełznąć do zarośli. Gautama prosił, aby został, ale wąż nie reagował na jego słowa. Istotny wszakże mówił:

»Zostaw go! Czyżbyś nie wiedział, że zwierzę nie może umrzeć, jeżeli spoczywa na nim spojrzenie człowieka? Gdybyście to wy ludzie wiedzieli, nie męczylibyście swoją obecnością umierających zwierząt, które są wam miłe. Zwierzę zbierze wszystkie siły po to, aby na chwilę przedłużyć swe życie i móc umrzeć w samotności.«

Gautama zamyślony wracał z powrotem do szkoły. Jak wiele się nauczył. Odszukał Siddharthę i opowiedział mu o śmierci ostatniego węża.

»Musimy znaleźć inne zwierzęta do pilnowania,« mówił Gautama.

»Przyszły, chociaż ich nie wołaliśmy,« odpowiedział Siddhartha. »Pewnie pojawią się jakieś inne zwierzęta.«

Gautama miał zamiar zastać starego jogina na jego zwykłej przechadzce w słońcu. Nieśmiało go zagadnął. Bardzo już stary mężczyzna, jakby wysuszony słonecznym żarem, w nim zawsze wzbudzał szacunek. Kiedy mu przekazywał pozdrowienia od węża, obawiał się, że Sariputta będzie smutny. Ale starzec rzekł niemal wesoło:

»Jak mi ulżyło, że mogły odejść przede mną! Kto by się o nie troszczył?«

Gautama był zdziwiony zażyłością stosunków, które łączyły człowieka ze zwierzęciem tak, że jeden troszczył się o drugiego, a o sobie przy tym nie myślał.

Sariputta zaczął mówić o wielkim posłaniu, które czeka Gautamę.

»Gautamo, wiem, że kiedyś poprowadzisz cały nasz wielki naród. Postaraj się, aby się nauczyć go rozumieć. Nie zostawaj stale tutaj, ale idź do innych krajów!

Wierz mi! Ze swoimi wężami wędrowałem od wysokich gór aż do niebieskiego morza. Od kraju, w którym panuje chłód, aż do krajów pełnych słonecznego żaru. Ludzie są wszędzie inni, różnią się nie tylko wyglądem, ale zwyczajami i uczuciami. Nawet dwa księstwa nie są podobne. A nasz kraj ma ich przecież tak dużo! Naucz się je znać, inaczej bowiem nad nimi nie zapanujesz!«

»Ale ja nie chcę być władcą, Sariputto, chcę służyć!« mówił Gautama zdecydowanie. Jego wzrok się rozżarzył.

»Komu byś chciał służyć, ty, książęcy syn?« pytał się Sariputta, »Wiesz, co to znaczy służyć?«

»Służyć, znaczy z całej duszy oddać się zadaniu, które rozpoznaliśmy jako nasze.«

»A komu chcesz służyć?«

Sariputta pytał z naleganiem. Gautama bez zastanowienia odpowiedział:

»Chcę służyć Wiecznemu!«

»A swojemu narodowi nie?« powoli niemal z bólem wychodziły słowa z ust Sariputty. Prosząco patrzył na chłopca.

»Owszem, chcę służyć swemu narodowi, to znaczy, chcę służyć Wiecznemu w swym narodzie. To jest właściwie powiedziane,« odpowiedział Gautama.

Nie rozumiał starca bólu. Starzec zaczął mówić najpierw powoli i rozważnie, jak to bywa w zwyczaju bardzo starych ludzi. Ale im dalej mówił, tym jego słowa padały szybciej i wyraźniej:

»Gautamo, posłuchaj! Los naszego narodu nam musi leżeć na sercu bardziej niż wszystko inne na ziemi. Wieczny ma zastępy służebników i tu na dole i tam na tamtym świecie. To wiesz tak samo dobrze jak ja. Zawsze ich możesz i widzieć. Nie myślisz, że ma ich dosyć? Ale nasz naród będzie miał do pomocy tylko ciebie!

Gautamo, potomku rodu Siakja, nie wyrzekaj się swojego książęcego pochodzenia. Gdyby Wieczny chciał cię mieć jako sługę, urodziłbyś się w którejś z chat.

Gautamo, widzę, gdy nadchodzą czasy, a te nie są tak bardzo oddalone, w których nasz naród ocknie się na bezdrożach. Naukę, którą mistrz przyniósł, pomieszają ludzie z innymi naukami. Drogocenna mądrość zaniknie w przebiegłości i fałszywym myśleniu. Widzę czasy, może dalekie, może bliskie, któż to wie – dla Światła nie istnieją długie czy krótkie okresy – gdy cały nasz naród będzie musiał podporządkować się obcym władcom. Wszyscy staniemy się pariasami! Słyszysz, wszyscy!

Gautamo, ulubieńcu Bogów, tylko ty możesz temu zapobiec! Oddaj się swojemu narodowi z całej swej duszy! Chwyć pewną ręką berło swego królestwa! Siddhartha ma zwolenników we wszystkich księstwach. Zgromadź ich, za ich pośrednictwem przejmij w swoje ręce władzę nad królestwem, połącz się z innymi władcami albo ich pokonaj, nawet walką! Jest nieważne, jak to zrobisz, abyś tylko z wielu poszczególnych części utworzył silną całość. Wtedy naród będzie aż do późnych czasów dość silny, aby mógł przeciwstawić się obcym najeźdźcom. Wtedy będzie kwitnąć ku radości ludzi i Wiecznego.

Gautamo, zastanów się! Zadanie, które ci teraz wskazuję, jest godne człowieka takiego, jak ty, człowieka, którego Wieczny pobłogosławił! Będziesz większy niż Siddhartha a naród będzie cię kochać. Naród, który ratujesz przed biedą i niewolą!«

Sariputta ciężko oddychał, musiał skończyć. Ale jego oczy, te przenikliwe, ostre oczy prosiły dalej.

Gautama stał przed nim, ale wydawało się, że starca nie widzi. Jego oczy były jakby zwrócone do wnętrza. Całe jego wnętrze przekształciło się w żarliwą modlitwę:

»Wieczny, pozwól mi, abym poznał, czy to jest kuszenie czy wołanie, które mi posyłasz!«

»Ani jedno, ani drugie, Gautamo,« zabrzmiało w nim cicho. »Musiałeś wszystkiego wysłuchać, aby móc z własnej woli dokonać wyboru. Wieczny nie chce mieć służebników z przymusu.«

I znowu stąpała chłopca dusza w modlitwie w górę:

»Panie wszystkich światów, chcę być twoim służebnikiem! Gdziekolwiek mnie postawisz tam chcę działać. Ale chcę służyć, a nie panować!«

Wielki spokój wypełnił duszę Gautamy. Pełen miłości zwrócił się do starego jogina, w którego słowach poznał teraz i czcił wielką, bezinteresowną miłość do narodu.

»Sariputto, obiecuję ci, że jako sługa Pana wszystkich światów nigdy o swoim ludzie nie zapomnę. Czy uczyni ze mnie władcę, mędrca albo pomocnika, chcę swoją miłością ogarnąć cały naród.«

»Teraz, zawołaj Siddharthę, abym się mógł pożegnać,« wyszeptał Sariputta.

Nie trwało długo i mistrz przyszedł, mistrz przejęty myślą, że jego pierwszy »pan« go chce opuścić.

»Życz mi śmierci Siddhartho,« prosił starzec słabo. »Nie mogę już służyć swojemu ludowi, ale wiem, że po mnie przyjdzie ktoś, kto mu pomoże.«

Czy jogin miał na myśli Gautamę, albo widział kogoś innego, tego nikt nie miał odwagi rozstrzygać.

Oczy Sariputty zamknęły się dla tego świata, ale drugie, wewnętrzne, się otworzyły. Musiał widzieć przepiękne obrazy, ponieważ jego starczy, aż dotąd wątły głos nagle radośnie zabrzmiał:

»Widzę swój lud w biedzie i w nędzy. Widzę ten lud ujarzmiony przez obcych, którzy cieszą się z tego, co nasza piękna ziemia rodzi. Ale widzę jednego, który jest silny i mocny, sprawiedliwy i łaskawy! Ten przyjdzie i wyzwoli ich. Pokaże mu dobre drogi i przebudzi śpiące dusze.

Panie, Wieczny, proszę Cię: pozwól mi, abym, gdy przyjdzie ten władca, mógł żyć znowu w swym narodzie i przygotować go na jego przyjście! O Wieczny, całe moje życie należało do mojego ludu. Chciałbym, aby tak się stało jeszcze raz!«

Oczarowani obydwaj patrzyli na starca, jego rysy były jasne jak promienie. Znowu zaczął mówić, ale tym razem ciszej:

»O Wieczny, dziękuję Ci, że chcesz wysłuchać mojej prośby! Tak, dla mojego ludu chcę zrzec się wszystkiego. Będę czekać gdzieś na tamtym świecie, aż nadejdzie czas, gdy będę mógł znowu wrócić na ziemię, abym doprowadził swój naród do władcy. Dziękuję Ci!«

Ciało drgnęło. Siddhartha położył rękę na sercu wiernego towarzysza – nie biło już.

»Sariputto, byliśmy jedyni w miłości do naszego ludu. Oby i mnie pozwolił Wieczny pomagać w czasach, w których chcesz przygotowywać nasz naród dla władcy.«

Cicho pomodlili się i razem odeszli zawiadomić braci, że Sariputta opuścił ich na wieki.

NA GÓRZE Wiecznego panował wielki smutek spowodowany odejściem ukochanej siostry.

wrzesień 12, 2009 - autor: Jezus Chrystus

NA GÓRZE Wiecznego panował wielki smutek spowodowany odejściem ukochanej siostry. Wszyscy czuli, że są z nią połączeni, chociaż na zewnątrz trzymała się daleko od wszystkich.

Vasisztha i Patna lamentowały, że nie potrafią zmarłej zastąpić. Miały wprawdzie najlepsze chęci, ale brakowało im siły, która przenikała Anagę.

Kiedy to Rahula usłyszał, prosił ojca, aby pozwolił mu z obiema porozmawiać. Czuł, że Siddhartha był tego samego zdania, co narzekające kobiety. Nikt nie potrafi zastąpić Anagi! Gdyby z obiema kobietami rozmawiał on, brakowałoby jego słowom przekonania.

Ale Rahula to widział inaczej. Szanował Anagę, podziwiał jej działalność, ale nie obracał się w kręgu tych, którzy stale ją otaczali. Dlatego zachował trzeźwy pogląd.

Wiedział, że jeżeli ktoś jest powołany na jakieś miejsce do służby Wiecznemu, to zależy tylko od niego, czy przyjmie siłę, której potrzebuje.

Zamiast narzekania, obie kobiety powinny się po prostu wewnętrznie otworzyć i kierować prośby ku wyżynom. Pomoc na pewno otrzymają. To im właśnie powiedział, prosto, ale stanowczo.

Jego słowa głęboko wpłynęły na Vasiszthę. Wstała i podziękowała mu.

»Bardzo mi pomogłeś, Rahulo. Codziennie będę prosić o siłę i zrobię wszystko, co będzie w mojej mocy. Nie będę porównywać się z Anagą, nie będę rozmyślać nad tym, czy to albo owo ona mogła zrobić lepiej.«

»Jest to właściwe, Vasisztho,« pochwalił Rahula jej postanowienie. »Wieczny nie wymaga więcej, niż aby każdy dał z siebie to co najlepsze. Co by jeszcze brakowało, to już doda sam.«

Patny nie można było zadowolić.

Rahula pozwolił jej przez chwilę lamentować, aż wyczerpała cały zasób słów i myśli. Kiedy dalej milczał, popatrzyła na niego z oczekiwaniem. Jeśli najpierw pochwalił Vasiszthę, musiał przecież zauważyć i jej skromność oraz to, jak dobrowolnie odsuwała się na dalszy plan.

Lecz Rahula, który żył w zupełnie innym świecie i zapomniał sam o sobie, miał rzadki, wyjątkowy dar: potrafił zajrzeć ludziom aż na dno duszy. Widział, że Patny skromność jest fałszywa.

Na jej pytające spojrzenie odpowiedział:

»Odczuwasz właściwie, Patno, jeśli wątpisz w to, czy potrafisz dobrze pełnić funkcję Anagi. Do takiego zadania trzeba dużo więcej niż ty jesteś zdolna dać.«

Szybko mu przerwała:

»Sama Anaga wyznaczyła mnie, abym zajęła jej miejsce! Jeśli będę postępować tak, jak Vasisztha, będzie mi łatwiej. Dlaczego akurat mnie Wieczny nie przekazałby siły, której będę potrzebować?«

»Dlatego, że brakuje ci pokory, Patno!« brzmiała surowa odpowiedź Rahuli. »Swym jałowym narzekaniem chciałaś skłonić mnie tylko do tego, abym ci zaprzeczał i chwalił cię.

Ty sama jesteś w swoim wnętrzu przeświadczona, że powierzona ci pracę mogłabyś wykonywać prawie tak dobrze, jak robiła to Anaga. Ale mnie o tym nie przekonałaś! Poproszę swego ojca, aby wyznaczył ci inną pracę.«

Jej oczy rozszerzyły się ze strachu. Nie tak wyobrażała sobie rozmowę z Rahulą. Był tak bezwzględny.

Ale zanim opamiętała się i uświadomiła sobie, co miała odpowiedzieć, opuścił Rahula klasztor i stąpał spokojnym, pewnym krokiem w górę. Sposób chodzenia Rahuli odznaczał się wewnętrznym opanowaniem, które na obserwujących miało uspokajający wpływ.

Siddhartha był przerażony, gdy Rahula zdawał mu relację z rozmowy.

»Nie byłeś dla Patny zbyt ostry, synu? Kobiety mają różne słabości, z którymi trzeba się liczyć.«

»Myślę, ojcze, że jeżeli kobiety chcą służyć Wiecznemu, muszą pokonywać swoje słabości tak samo jak my. Ale to, co w tym przypadku nazywasz słabością, przyrównałbym raczej do zgniłego owocu, który tylko na pierwszy rzut oka wydaje się piękny. Takie owoce trzeba usunąć, zanim jeszcze zarażą inne. Zechciałbyś dać Patnę do mnie, aby w klasztorze żeńskim w Utakamandu nauczyła się rzeczywiście służyć?«

Siddhartha nie dał się tak lekko przekonać i Rahula zapewne musiałby jeszcze długo i dużo mówić, gdyby nagle, bez uprzedzenia nie weszła do komnaty Patna, wcześniej niezapowiedziana.

Jakże ta kobieta w przeciągu kilku godzin się zmieniła! Rysy twarzy zgrubiały, a wokół ściągniętych gniewem ust pojawiły się nieładne zmarszczki.

»Czego szukasz tu, na górze, Patno?« pytał z życzliwym wyrzutem Siddhartha.

»Tak, wiem, że nie jest przyjęte, by kobieta wstępowała do domu mężczyzny, chociaż my, kobiety na pewno nie jesteśmy mniej ważne w oczach Wiecznego,« wygłosiła Patna przekornie. »Ale musiałam jednak przyjść! Musiałam dlatego, że ten tu,« wskazała na Rahulę, który po jej wejściu wstał i podszedł do okna, »będzie chciał cię podburzyć przeciwko mnie.

Przesadzałam, kiedy tak się przed nim poniżyłam. Miałam nadzieję, że mnie pocieszy. Kiedy tak się nie stało, dałam się ponieść jeszcze bardziej. Tylko on jest winien temu, że moje słowa mu się nie podobały. Mistrzu, wierz mi, że jestem wystarczająco zdolna, by zastąpić Anagą w jej funkcji i prowadzić wszystkie klasztory w kraju pewną ręką!«

Patny słowa udowodniły prawdziwość opinii Rahuli o wiele wyraźniej niż wszystkie jego słowa. Ta kobieta mogłaby tylko zaszkodzić całej sprawie. Wewnętrzny głos wszak Siddharthcie zaszeptał imię innej kobiety. Wiedział już, co ma robić.

»Patno, ani do mnie, ani do Ciebie nie należy ustalenie tego, kto ma Anagę zastąpić,« mówił z całą stanowczością. »Wieczny sam o tym zadecydował. Właśnie teraz zostało mi objawione, że wybrana zostanie Sisana. A więc, ten problem został tym samym rozwiązany i znowu może nastać między nami harmonia.«

Patna była blada jak kreda.

»Do tego zadania wyznaczyła mnie Anaga, zanim zmarła,« mówiła. »Ona była przełożoną klasztoru żeńskiego, a nie ty, mistrzu! My kobiety kierujemy się tym, co powiedziała ona.«

»Każde z twoich słów cię sądzi, Patno,« odpowiedział spokojnie Siddhartha. »Jest mi przykro, że dajesz się tak ponieść. Idź do swojej komórki i postaraj się w modlitwie znów odnaleźć równowagę swojej duszy!«

Patna opuściła mistrza komnatę. Łkała. Nie była zdolna opanować się na tyle, aby ukryć przed innymi swe uczucia.

O tyle większa była wewnętrzna dyscyplina mężczyzn. Żaden nie rozmawiał z innymi o tej kobiecie. Nie chcieli też wiedzieć, jaki żal w sobie nosi. Nie mogli jej pomóc, więc nie myśleli o niej.

W ciągu dnia Siddhartha zwołał kobiety na wielkim placu i tam oznajmił im, że Vasisztha, która pomagała zmarłej budzić śpiące dusze sióstr, teraz sama przejmie tą pracę po Anadze, a prowadzenia klasztorów podejmie się Sisana.

Patna nie wzięła udziału w tym zgromadzeniu. Nawet w ciągu kilu następnych dni nigdzie je nie widziano, więc mistrz polecił zawołać ją. Jego poseł nie mógł wykonać polecenia. Patny nie można było nigdzie znaleźć.

Siddhartha sam udał się na poszukiwania, ale i on niczego nie osiągnął w klasztorze, dopóki nie wróciła Vasisztha, która przez kilka dni pracowała w dolinie.

Mówiła, że na dole spotkała Patnę ubraną w szaty, które nosiła wcześniej. Patna powiedziała jej, że służba Wiecznemu woła ją daleko do kraju, gdzie będzie pozyskiwać dusze. Była to ostatnia wiadomość o niej.

PEWNEGO dnia próg jego komnaty przekroczył chłopiec, popatrzył na niego jasnym wzrokiem i zapytał:

wrzesień 3, 2009 - autor: Jezus Chrystus

PEWNEGO dnia próg jego komnaty przekroczył chłopiec, popatrzył na niego jasnym wzrokiem i zapytał:

»Znasz mnie?«

Siddhartha ledwo na niego spojrzał, od razu wiedział, kogo ma przed sobą.

Patrzył jak gdyby w lustro, które ma właściwości odmładzające, tak widział przed sobą swój własny obraz.

»Siddhartho!« zawołał.

Chłopiec cieszył się, że udało mu się sprawić niespodziankę. Dostał się na górę niemal potajemnie. Jego towarzysze zostali na dole, a służących uprosił, aby go nie zapowiadali. Nikomu nie musiał mówić, kim jest, imię jego bardzo łatwo można było wyczytać z twarzy.

»Dziadku, idę się do ciebie uczyć! Mam już dwanaście lat. Ojciec i ja myślimy, że nie mógłbym zrobić nic lepszego, niż wstąpić do twojej szkoły.«

»Cieszę się, że podjąłeś taką decyzję, Siddhartho,« zapewniał go mistrz. »Nie sprzeciwiała się temu odejściu twoja matka?«

»Matka?« śmiał się chłopiec. »Już dawno wyrosłem z matczynych objęć! Ma kogo kołysać. Po mnie jest mały Rahula, ma już osiem lat. Potem jest mały Suddhodhana, potem mały Arusa, który nosi imię po ojcu matki, a w tym roku urodziła się malutka Maja.

Tak widzisz, dziadku, że matka nie odczuje mojego braku. Ojciec puścił mnie, ale z ciężkim sercem,« poważnie Siddhartha mówił, »ale on wie, że to tylko na kilka lat i że u ciebie nauczę się wszystkiego, czego potrzebuje nasz lud.«

Gdy Siddhartha przyprowadził chłopca – swój wierny obraz – do szkoły, wszyscy przyjęli go z radością. Nauczyciel zwrócił uwagę, że byłoby dobrze, gdyby chłopcu dano inne imię.

»Nazywajcie go Gautama,« zaproponował Siddhartha. »Jest to nasze imię rodowe, a poza tym i mnie nazywano tak przez cały czas, gdy chodziłem do szkoły.«

Wszyscy zgodzili się. Gautama przyłączył się do uczniów, którzy byli o wiele starsi niż on. A pomimo to jego odczuwanie było tak czyste i jasne, że rozumiał wszystko o wiele lepiej niż pozostali.

Najchętniej przebywał u Siddharthy i wypytywał go o wszystko, co go nurtowało.

Upłynęło kilka miesięcy, kiedy przyszedł Rahula. Uczniowie ucieszyli się, widząc całą trójkę stojącą obok siebie. Rahula i Gautama byli tak podobni do Siddharthy, że wydawało im się, jakby mistrz stał przed nimi jednocześnie w trzech różnych postaciach: jako chłopiec, dojrzały mężczyzna i starzec.

Nie dało się nie zauważyć, że mistrz postarzał się. Ile miał lat? Sam tego nie wiedział. Liczono, że ma około siedemdziesiątki. A pomimo to wyglądał jak jeden z najsprawniejszych. Jego duch był pogodny a oczy mu młodzieńczo błyszczały.

Jak tylko nadarzyła się okazja, Siddhartha zadał synowi pytanie, które go tak bardzo zajmowało. Musiał mu najpierw wyjaśnić, co go kiedyś skłoniło do tego, by ten problem przedstawić w fałszywym świetle. Rahula potrząsnął głową.

»Ojcze, nie wierzę, że konieczne było przekazanie ludowi czegoś, czego sam nie uważałeś za właściwe. W każdym przypadku myślę, że podtrzymywanie fałszywych wyjaśnień jeszcze nadal, nie jest ciebie godne.«

Nagle rozległ się głos najmłodszego, o którym myśleli, że jest w ogrodzie. »Rozumiem, dlaczego dziadek to powiedział. Pomyśl tylko, Rahulo, jacy byli ludzie, zanim dowiedzieli się o Wiecznym. Gdyby dziadek ich zapewnił, że Bóg, Pan świata, odpuszcza grzechy, w pełni by ich to zadowoliło. Ty byłeś w Utakamandzie, gdzie wszyscy ludzie wierzą w Wiecznego. Gdybyś żył w Kapilawatsu, myślałbyś inaczej! Nasz naród, który potrafi przecież tak ciężko pracować, kiedy zajdzie taka konieczność, duchowo wysila się niechętnie. Idzie raczej do wróżbity albo czarownika.«

»Co ty mówisz, Gautamo?« pytał Rahula z przestrachem. »Co to są za ludzie, o których mówisz?«

»Są to źli ludzie, którzy szerzą wokół siebie ciemnotę. Pętają ludzkie dusze twierdzeniem, że potrafią udobruchać gniew bogów i skłonić ich do łagodności. Tańczą i odklepują wszelkie niedorzeczne zaklęcia, przyjmują za to pieniądze a ludzie nie widzą, że są oszukiwani. Jest to przecież o wiele wygodniejsze, gdy ktoś może pozbyć się grzechów w ten sposób, a nie dzięki własnemu wysiłkowi, przełamaniem siebie samego czy pokucie. Ojciec mówi, że jest to choroba naszego ludu i że dużą część naszego narodu właściwie nigdy się nie obudzi. Wielu usypia nawet już po przebudzeniu.«

»Słyszę chłopca!« starał się żartować, aby Gautama nie spostrzegł jak jest hardy. »Mówi, jak dorosły!«

Gautama nie wiedział, czy ma się gniewać, czy udawać, że nie słyszy żartu. Zdecydował się na to drugie, ponieważ jeszcze wiele spraw leżało mu na sercu.

»Dlatego chciałbym, gdy będę starszy, zostawić władzę naszemu małemu Rahuli, a dla ludzi stać się tym, czym jesteście wy dwaj. Chciałbym służyć, a nie panować!«

Obaj spojrzeli na siebie. Jak zadziwiająco się to wszystko w nich trzech powtarza! Wszyscy trzej pałają miłością do narodu, ale nie chcą być władcami, a swoją miłość chcą okazywać poprzez służbę.

»Gautamo, nie chciałbyś iść ze mną do Utakamandu, gdzie dziadek był tak szczęśliwy?« pytał się Rahula chłopca, zapragnął udoskonalać tę tak zdumiewająco otwartą duszę.

Lecz Gautama odmówił.

»Na to jest jeszcze dość czasu, zanim dziadek odwiedzi Utakamand. Może weźmie mnie ze sobą. Teraz nie mogę stracić ani jednego dnia, w którym mogę się od niego uczyć.«

Mówili też o Anadze. Rahula wypytywał się o pracę sióstr i postępy klasztoru. Siddhartha potrafił odpowiedzieć na wszystkie pytania, ale powiedzieć, co robi Anaga, która była tak niestrudzenie aktywna, nie mógł.

»Ty tego nie wiesz, dziadku?« pytał zdziwiony Gautama. »Ona budzi śpiące dusze. Niedawno słyszałem, że pewna kobieta – nazywa się Vasisztha – mówiła: »Anaga wyrywa kobiety z pustego, bezdusznego życia, aby się bogaciej rozwijały.« To jest jej praca.«

»Chciałbym z nią mówić,« prosił Rahula.

Siddhartha rad pozwolił. Zakładał, że Anaga nie będzie się sprzeciwiać.

Rahula chciał odwiedzić ją w klasztorze, ale nie zastał jej w domu. Następnego dnia poproszono Siddharthę, aby do niej przyszedł. Najpierw myślał, że Anaga źle zrozumiała wiadomość, którą jej Rahula zostawił i myśli sobie, że to mistrz o nią pytał.

Wahał się przez chwilę, czy spełnić ową prośbę, czy posłać tam Rahulę, gdy tu Gautama rozwiał jego wątpliwości:

»Chodźmy wszyscy trzej razem, to ją pocieszy!«

Siddhartha zgodził się i tak wszyscy trzej razem wyruszyli w krótką drogę w dół aż do klasztoru sióstr.

W klasztorze panowało ciche, ale silne wzruszenie.

»Mistrzu, nasza matka ma zamiar nas opuścić!« wołały niektóre siostry, które stały przed domem płacząc.

Siddhartha wystraszył się. To przecież nie może być! Anaga była przecież tak młoda i tak bardzo potrzebna. Było oczywiste, że stała na czele wszystkich żeńskich klasztorów, prowadziła wszystkie szkoły. Wszystkiemu, czego dotknęła, towarzyszyło szczęście. A teraz chce odejść?

»Gdzie jest?« pytał się Siddhartha.

Wprowadzono go do przewiewnej komnaty, gdzie Anaga odpoczywała. Nie zauważyła, że z mistrzem weszli też dwaj następni. Patrzyła tylko na Siddharthę. Przez jej bladą i wychudzoną twarz przeleciał szczęśliwy uśmiech.

»Mistrzu, dziękuje ci, żeś przyszedł. Muszę się pożegnać. Światły poseł Wiecznego mnie zawołał! Wolno mi odejść na wyżyny i na górze służyć dalej. Mojej siły dla ziemi już nie starczy. Wyszkoliłam Patnę, która może zająć tu na dole moje miejsce. Poradzi sobie dlatego, że jej chcenie jest czyste, a jej siła jeszcze nie wykorzystana.«

Anaga umilkła. Siddhartha chciał coś powiedzieć, ale ona dała znak, aby milczał.

»Mistrzu, muszę ci jeszcze powiedzieć. Pozwoliłeś mi pracować. Dziękuję ci za to! Nigdy nie żądałeś, żebym zdawała ci relację z tego, co robię. Wiedziałeś, że moja praca była mi przydzielona przez światłego posła Wiecznego. Moim właściwym powołaniem było budzenie śpiących dusz. Teraz moje miejsce zajmie Vasisztha. I ona mnie zastąpi, w jej wnętrzu płonie żarliwa miłość do dusz sióstr. Dziękuję ci mistrzu, za wszystko, co dałeś mnie i naszemu ludowi!«

Oczy Anagi się rozszerzyły. Lekko się wyprostowała i chociaż wydawało się, że patrzy na obecnych, jej wzrok skierowany był daleko za nich.

»Słuchajcie, co mówi poseł Wiecznego:

Siddhartho, mężczyzno czystego chcenia, pewnego serca i wysokiego poznania, dbaj, abyś Wiecznemu służył więcej niż swemu ludowi!

Rahulo, który jesteś większy niż Siddhartha, dbaj, aby cię twój wewnętrzny ogień nie strawił przedwcześnie! Jesteś powołany do wykonania wielkich rzeczy, ale nie spalaj swego ciała z obu stron, inaczej zgaśnie wcześniej, niż dokończysz swoje zadania!

Gautamo, który będziesz największy, zostań czysty, pokorny i niewinny a Wieczny cię powoła między swoich służebników w wieczności!«

Komnatę wypełniły ciche tony. Wszystkim wzruszonym mężczyznom się zdawało, że wokół Anagi widzą stojące świetliste postacie. Nagle Anaga zaczęła znowu mówić, jednak jej słowa nie były skierowane do ludzi:

»Ty Wzniosła, do ciebie należy moje życie, pozwól mi dalej służyć, niech to będzie gdziekolwiek!«

Siddhartha mógł widzieć, jak nad siostrą pochyliła się świetlista postać i zabrała jej duszę ze sobą.

Kiedy blask i tony zniknęły, odpoczywało na łóżku już tylko bezduszne ciało. Anagi oblicze promieniało nieziemską błogością.

DLA POMAGAJĄCYCH SIÓSTR nastał okres gorliwej pracy.

sierpień 27, 2009 - autor: Jezus Chrystus

DLA POMAGAJĄCYCH SIÓSTR nastał okres gorliwej pracy. Sariputta wskazał im wiele chat, gdzie potrzebowano ich pomocy. Wszędzie życzliwie je przyjmowano, nawet nie wyobrażały sobie, że będą miały tak łatwy początek.

»To dlatego, że mieszkamy na górze Wiecznego,« wyjaśniła Sisana, najmłodsza z czterech kobiet. »Ludzie cieszą się ze wszystkiego, co stąd pochodzi.«

Ale żółci bracia wyczuwali to inaczej. Pełni podziwu obserwowali, co potrafią dokonać delikatne kobiety w dobrowolnym oddaniu w służbie. Z wytrwałością, do jakiej nie byłby zdolny żaden z mężczyzn, podejmowały się nawet, jeżeli było to konieczne, tych najcięższych prac. Przy tym stale uśmiechały się.

»Mistrzu,« pewnego dnia mówił Amuruddba, »i dla nas przybycie sióstr stało się błogosławieństwem. Od tego czasu, kiedy kobiety zaczęły obserwować braci przy pracy, ci pracują z większą ochotą jak w ogrodach, tak i w stajniach. I mężczyźni w dolinach przyjmują nasze słowa o wiele chętniej, ponieważ kobiety przetarły nam drogę do ich domów i serc.«

Anaga, pamiętając o swoim zadaniu, jednak nie brała udziału w tych pracach. Na początku musiała w pełni poświęcić się prowadzeniu szkoły, ale później znalazła się pomocnica, która była tak zdolna, że Anaga mogła powierzyć jej dzieci. Z pomocą jednej młodej wdowy mieszkającej niedaleko, której dusza należała do Wiecznego, utrzymywały grupkę dzieci we wzorowym porządku.

Tak była Anaga wolna i mogła poświęcić się swojemu szczególnemu zadaniu. Jak ma zacząć? Chociaż modliła się i prosiła o pokazanie drogi, nic nie słyszała. Prawdopodobnie drogę musi znaleźć sama.

Gdyby chociaż któryś z braci pokazał jej taką śpiącą żeńską duszę. Ona sama wstydziła się wypytywać, dlatego, że zadanie, które zostało jej powierzone, chroniła jako świętość.

Pewnego dnia zeszła do doliny i chodziła między kwitnącymi ogrodami. W jednym z ogrodów zauważyła dwa drzewa obsypane przepięknymi kwiatami. Anaga bezwiednie zatrzymała się. Kwiaty ją nieodparcie przyciągały.

Nagle zauważyła pod jednym z drzew łóżko przykryte delikatnym drogocennym materiałem i leżącą na nim młodą kobietę. Cała była owinięta muślinowym welonem, pewnie chroniła się przed owadami, ponieważ promienie słoneczne zatrzymywane były przez liście drzew.

Kobieta leżała nieruchomo. Czyżby spała? Gdy tylko zabrzmiało w niej to pytanie, Anaga od razu uświadomiła sobie:

»Śpiąca dusza! Musisz do niej podejść.«

Cicho weszła do ogrodu, chociaż wcześniej była tak nieśmiała, że przed ludźmi uciekała. Po cichu zbliżała się do łóżka. Kobieta nie spała. Miała otwarte oczy i wpatrywała się w niebo. Teraz odwróciła się w stronę nieproszonego gościa.

»Czego tu szukasz?« zapytała nieokreślonym tonem, z niego nie można było poznać, czy pyta z oburzeniem czy ze zdziwieniem.

»Wybacz, przyjaciółko,« spokojnie odpowiedziała Anaga. »Jeszcze nigdy nie widziałam tak pięknych kwiatów. Mogę przyjrzeć się im z bliska?«

Kobieta odwróciła się, nie uznając obcej za godnej odpowiedzi. W jej zachowaniu było tyle pogardy, że inna kobieta na pewno straciłaby odwagę. Anaga wszakże tylko półgłosem zawołała:

»Uboga!«

Co to powiedziała obca? Jak to słowo mogło wpaść jej do głowy? Czyż nie była Vasisztha najbogatszą kobietą w całej okolicy? Czego nie potrafiła życzliwość Anagi, to udało jej się osiągnąć jednym słowem. Kobieta uniosła się na łóżku, uważnie popatrzyła na obcą i porywczo zapytała:

»Jak mogło ci wpaść do głowy nazywać mnie ubogą? Nie widzisz, że otacza mnie dobrobyt?«

»Czyż nie jesteś uboga, gdy odpowiadasz na życzliwą prośbę niemą pogardą?« odpowiedziała pytana z rozbrajającym uśmiechem. »Czyż nie jesteś uboga, jeżeli możesz leżeć pod najpiękniejszymi kwiatami i nie zauważać ich? Musisz być taka, jeżeli możesz bezczynnie leżeć, zamiast włączyć się do radosnego tworzenia!«

Vasisztha słuchała z rosnącym zdziwieniem. Nikt z nią jeszcze tak nie rozmawiał.

»To dlatego przyszłaś do mego ogrodu, aby mi to powiedzieć?« zapytała ironicznie.

»Myślę, że tak. Weszłam do ogrodu, aby popatrzeć na kwiaty. Ale ja szukam śpiących dusz i dlatego zostałam tu przyprowadzona.«

»Co to jest śpiąca dusza? Kto cię do mnie przyprowadził?«

»Nie mogę na to krótko odpowiedzieć. Czy pozwolisz mi usiąść koło siebie?«

Anaga nie czekała na odpowiedź. Usiadła na kamieniu obrośniętym mchem, skierowała na kobietę swe czarujące niebieskie oczy i mówiła:

»Chcesz wiedzieć, co to jest śpiąca dusza? Więc, wyobraź sobie śpiącego człowieka. Oddycha stale, bo jego ciało robi to samoczynnie, ale nie wie o sobie. Żyje wprawdzie, ale takie życie nic mu nie daje. Rozumiesz, co mam na myśli?«

Anaga chciała teraz zacząć mówić o duszy, ale już nie było to potrzebne. Kobieta wyrzuciła z siebie z niepowstrzymaną, wszystko pokonującą siłą:

»Nie mów o śpiących ludziach! Czymże innym jest nasze życie, jeżeli nie ciągłym snem! Czy my kobiety zajmujemy się czymś innym, niż tylko jedzeniem, piciem, spaniem i oddychaniem? I po co to robimy? Dlatego, że musimy żyć. Tysiąckrotnie lepiej by było, gdybyśmy się nigdy nie narodzili! Tysiąckrotnie lepiej by było, gdybyśmy mogli umrzeć! Umrzeć i rozpłynąć się w nirwanie! Połączyć się z ową wielką nicością, która nas otacza!«

Kobieta mówiła z coraz większym przejęciem, w końcu jej głos zdławiły łzy. Anaga wstała, podeszła do płaczącej Vasiszthy i delikatnie dotknęła ręką jej ciała.

»Przyprowadzono mnie do ciebie we właściwym czasie, siostro,« mówiła, a jej słowa przesiąknięty był współczuciem. »Wiesz przecież, co to jest śpiąca dusza. Siostrzana duszo, obudź się! Pozwól, abym ci pokazała, że życie jest darem bogów! Że jest to dar Wiecznego! Musimy się tylko nauczyć właściwie żyć.«

Anaga mówiła dalej, Vasiszthe przestały lecieć łzy. Jeszcze długo rozmawiały razem, dopóki nie pojawiła się służba. Anaga wtedy pożegnała się i obiecała, że następnego dnia przyjdzie znowu.

Kiedy następnego dnia przyszła do ogrodu, zobaczyła kobietę, jak stoi pełna oczekiwania na drodze. Spacerowały razem wśród przepięknie kwitnących drzew i krzewów.

Anaga ukazała bogatej, a przecież biednej kobiecie, ile radości może sprawić to niewykorzystane bogactwo. Przekonywała ją, aby razem nazrywały pełny kosz kwiatów i zaniosły je do szkoły, aby rozdać kobietom, którym kwiaty na pewno sprawią radość.

Dusza Vasiszthy była bliska przebudzenia. Potrzebowała jeszcze tylko pełnego miłości oparcia Anagi, aby być przywołaną do życia. Obudzona, szybko rozwijała się w nieoczekiwanym pięknie. Gorąco przylgnęła do Anagi, którą stale wspierała swymi darami dla biednych, chorych i słabych.

Uwagę sąsiadów zwróciło to, że bogata kobieta pojawia się tak często w towarzystwie żółtej siostry. Ciekawość skłoniła tę i ową, bezczynną dotąd kobietę, aby zapytały Vasiszthy, dlaczego tak postępuje.

Większość kobiet jej nie rozumiała. Inne jednak były zaintrygowane i starały się odwiedzać Vasiszthę w czasie, kiedy przychodziła do niej Anaga. Słuchały, kiedy siostra mówiła o Panu wszystkich światów. Wypytywały ją i niedługo, same zaczęły się budzić.

Tu poznała Anaga, jak cudowne zadanie zostało jej powierzone. Odczuwała głęboką wdzięczność. Jej własna dusza rozkwitała stale bogaciej i piękniej. Z każdym dawaniem przyjmowała sama, nie zdając sobie z tego sprawy.

Siddhartha, kiedykolwiek ją spotkał, patrzył na nią ze zdumieniem. Co to było, co tę delikatną siostrę czyniło tak uduchowioną? Wydawało się, że chodzi nie dotykając ziemi.

Gdziekolwiek spotykała ludzi, zdawało się, że przenosi na nich promienie pokoju. I bracia często zwracali się do niej, aby łagodziła ich odmienne poglądy.

Klasztor sióstr powoli zapełniał się mieszkankami, którym od razu przydzielano prace.

W tym okresie Siddhartha znów mógł poświęcać więcej czasu pisaniu. Cieszył się, gdy przy pisaniu mógł wyłapywać swoje myśli i udoskonalać je. Wiele z tego, co mówił wcześniej, nie wydawało się być w dotychczasowej formie dość trafne.

Szczególnie silnie zajmował go problem odpuszczania grzechów. Miał najlepsze intencje, gdy nie chciał dopuścić do głosu myśli, że grzechy mogą być odpuszczone. Wolno mu wszakże pozostać przy tym? Nie był naród dojrzalszy niż przed laty? Jest już zdolny do tego, by usłyszeć prawdę?

Postanowił porozmawiać o tym z Rahulą. Syn ma zawsze tak spokojne i jasne podejście do problemów. Dodatkowo potrafi wypowiadać się skromnie, ale pewnie. Od niego najlepiej dowie się, co by było właściwe.

Przesłał synowi wiadomość, aby przybył i przedstawił mu sytuację w Utakamandzie. To już dwa lata upłynęły od czasu, kiedy był tam ostatnim razem. Jak ten czas leci!

W czasie, kiedy jego myśli często kierowały się do starszego syna, młodszy kierował swoje myśli do niego i przyjęły one w końcu namacalną formę.

W KOŃCU dojechali do Indraprasthy.

sierpień 17, 2009 - autor: Jezus Chrystus

W KOŃCU dojechali do Indraprasthy. Serce Anagi gwałtownie biło. Miała zobaczyć górę Wiecznego i może na nią wejść! Rano, dzień przed przybyciem na górę, prosiła Siddharthę, żeby pozwolił jej wejść na górę z trzema siostrami pieszo.

Tak się stało, że Siddhartha był wraz z towarzyszami radośnie przywitany, ale kobiety nie uczestniczyły jednak w tym przywitaniu.

Mężczyźni z ulgą przyjęli to, że przyjechał sam. Mistrz natychmiast włączył się do pracy i zapomniał o kobietach.

W międzyczasie stąpały kobiety wolno, milcząco, krok za krokiem w górę. Ich wnętrze wypełnione było nabożnymi myślami i przenikała je głęboka pobożność. Nagle przed nimi za zakrętem wynurzyły się białe budowle.

Anadze wydawało się, że śni. Jakie piękno! Jej towarzyszki poszły przodem, a sama usiadła na skraju drogi. Ani jedna z nich nie zauważyła wielkiego węża zwiniętego niedaleko w zaroślach.

Anaga pogrążyła się w sobie. Chciała posłuchać głosów z góry, które często do niej przemawiały. I teraz nie czekała nadaremnie. Wydawało się jej, że do niej do dołu z niebieskiego sklepienia schodzi promieniejąca, wzniosła postać przepięknej kobiety.

Stanęła przed nią i dobrotliwie przemówiła:

»Anago, teraz rozpoczynasz swą prawdziwą służbę! Aż dotąd byłaś tylko przygotowywana. Teraz jednak zaczyna się twoje wielkie, uświęcone zadanie. Musisz być przewodniczką i pomocnicą wszystkich kobiet swego narodu! Ty, twój przykład, ale również twoja powaga i wychowanie mają je rozbudzić. Muszą wyzbyć się obecnego sposobu życia podobnego do życia kwiatu, muszą nauczyć się żyć. Troskę o cierpiących, zmartwionych gnębionych, chorych i umierających pozostaw swoim pomocnicom. Twoim zadaniem jest wyszukiwanie duchowo śpiących!

Będzie ci dana wielka siła. Światli pomocnicy ci będą wskazywać drogę do śpiących dusz twoich sióstr. Budź je, pokaż im, co to znaczy być prawdziwą kobietą! Czy chcesz tak robić, Anago? Chcesz służyć Wiecznemu jako jego wierna służebnica?«

Anaga, wzruszona aż do głębi duszy wyszeptała proste, płomienne słowa:

»Tak, chcę!«

»Bądź więc błogosławiona!«

Postać zniknęła. Jeszcze długo Anaga siedziała pogrążona w modlitwie, potem żwawo ruszyła naprzeciw swojemu celowi. Obok niej kroczył światły pomocnik. A może to była pomocnica?

Na górze zauważono już trzy przychodzące kobiety. Powiedziano o tym Siddharthcie, który przypomniał sobie, że chciał czekać na Anagę w klasztorze sióstr. Śpiesząc się ruszył w drogę i przybył właśnie wtedy, kiedy dotarły kobiety. Patrzyli na przychodzącą Anagę, wokół której szerzył się blask.

»Anaga coraz bardziej promienieje,« zauważyła jedna z kobiet.

»Wiecie, dlaczego?« pytał Siddhartha.

Kobiety popatrzyły na siebie, a jedna z nich odpowiedziała:

»Dlatego że jej dusza rozkwita.«

PODCZAS SWEJ jazdy na górę przenocował Maggalana w Srinaru i przyniósł stamtąd prośbę do Siddharthy.

lipiec 30, 2009 - autor: Jezus Chrystus

PODCZAS SWEJ jazdy na górę przenocował Maggalana w Srinaru i przyniósł stamtąd prośbę do Siddharthy.

Anaga, przełożona żeńskiego klasztoru, pytała się, czy mistrz mógłby ich jak najszybciej odwiedzić, dlatego, że ma wiele spraw na sercu i trzeba podjąć jakieś decyzje.

»Radziłem jej,« informował Maggalana, »aby jechała ze mną. Ten pomysł jednak bardzo ją zadziwił. »Kobiety,« mówiła, »nie mogą się do góry Wiecznego zbliżać, wstęp tam mają tylko mężczyźni.« Dlatego obiecałem jej, że z tobą, mistrzu, porozmawiam a w drodze powrotnej przyniosę jej odpowiedź.«

Siddhartha najpierw na to nie odpowiedział, ale następnego dnia wrócił do tej sprawy.

»Maggalano, nie wiesz, co ode mnie Anaga chce?« wypytywał się.

»Nie, mistrzu, wiele ze mną nie mówiła.«

»Pójdę więc z tobą, jeżeli nie zostaniesz tu zbyt długo,« postanowił Siddhartha.

Było mu wprawdzie żal, że zawsze trafi się coś, co mu przeszkodzi w spisywaniu jego myśli, ale nieustannie sobie powtarzał, że jego przeznaczeniem jest służba Panu dla ludzi teraz żyjących a dopiero na drugim miejscu dla przyszłych pokoleń. Dlatego z radością wyruszył w drogę do Srinaru.

Cieszył się, że będzie rozmawiał z Anagą, od niej już przecież tyle się nauczył. Ale gdy stanęła przed nim był zaskoczony.

Była to ta sama Anaga, a przecież to nie była ona. Jej niebieskie oczy były bardziej błyszczące. Ten blask teraz promieniał z całej twarzy. I chociaż czoło zasłonięte było białym jedwabnym szalem, to przenikała ją nieziemska jasność. Jej postać była bardziej wyprostowana, sposób chodzenia i poruszania się zostały powabne, ale były pewniejsze i bardziej świadome.

»Wierzę,« pomyślał Siddhartha, »powołanie do służby Wiecznemu wydźwignęło ją ponad wszystkie kobiety naszego narodu.«

Anaga czekała skromnie na jego słowa. Gdy zapytał ją jakie ma życzenia, spokojnie odpowiedziała.

»Mistrzu, musimy wybudować dużo więcej klasztorów,« mówiła z naleganiem. »Nasz dom jest tak przepełniony, że w każdej komórce mieszkają dwie kobiety, a pomimo to brakuje nam miejsca. Zorganizowałam to teraz tak, że cztery kobiety zajmują jedno pomieszczenie. Gdy dwie zajmują się swoją służbą na dole, drugie dwie są w domu. Ale dłużej tak nie damy rady.«

»Dlaczego nie powiększysz tego domu, Anago?« pytał Siddhartha. Ale wiedział, co powie, zanim odpowiedziała.

»Mistrzu, to by nie pomogło. Jeżeli tu na małym kawałku naszego rozległego kraju jest tak wielka potrzeba żeńskiego klasztoru, to jak to musi wyglądać w innych księstwach? Kobiety wszędzie mają podobną sytuację. Mężczyźni przyjmują naukę o Wiecznym, ale rzadko kiedy dzielą się tym z kobietami.

Mistrzu, klasztory musimy budować wszędzie w całym kraju! Jest to konieczne! Tutaj jest wystarczająco dużo kobiet, które mogłyby zostać przełożonymi tych klasztorów. Pozwól, aby wszędzie tam, gdzie jest męski klasztor, był wbudowany także jeden dla kobiet. Braciom nie będziemy przeszkadzać. Mamy swój porządek i jesteśmy zupełnie niezależne. Mistrzu, pozwól przez wzgląd na wiele żeńskich dusz, które same nie mogą znaleźć drogi do Światła.«

Słowa wypowiedziane proszącym głosem wyraźnie docierały do słuchu Siddharthy. Anaga podniosła swe ręce z prośbą. A w mistrza duszy odezwały się głosy:

»Czy stale jeszcze nie nauczyłeś się szanować żeńskiej duszy? Jest czystsza niż dusza mężczyzny, lżejsza i światlejsza. Ujmij się za nią, aby cię kiedyś nie oskarżyła przed tronem Najwyższego!«

Siddhartha był poważny, tak bardzo poważny, że Anaga drżała z obawy, czy jej prośba zostanie wysłuchana. A ona przecież chciała jeszcze o wiele więcej!

Mistrz w końcu przemówił:

»Masz rację, Anago, musimy kobietom pomóc! Jest to twoje uświęcone zadanie, które ci Wieczny powierzył. Ja ci powinienem pomóc wyprostować żeńska drogę. Tylko mi o tym przypomnij i zawołaj mnie, zawsze będę przy tobie. Nie będziesz prosić nadaremnie!

Wydam wskazówki wszystkim przełożonym, aby polecili niedaleko swoich klasztorów wybudować według wzoru klasztory dla kobiet. Ty wybierz prowadzące i przygotuj je, aby mogły objąć funkcje, jak tylko budowa zostanie zakończona.«

»Myślę,« mówiła Anaga, kiedy już pełna radości podziękowała, »że każda prowadząca klasztor powinna wziąć ze sobą kilka tutejszych sióstr. Tym samym wszędzie rozpoczniemy sprawnie. Jednocześnie zwolnią się miejsca w naszym klasztorze, tak więc nie będziemy go rozbudowywać.«

»To bardzo dobry pomysł,« pochwalił Siddhartha. »Także ty, Anago, musisz znaleźć pomocnicę, jeśli będziesz chcieć opuścić ten klasztor.«

»Myślisz, mistrzu, że mam prowadzić któryś z nowych klasztorów? Jestem gotowa!«

Anaga powiedziała to, ale w jej głosie można było wyczuć wahanie. Gdzie ją zaprowadzi mistrza wola?

»Oczywiście, że tu nie możesz zostać. Będziemy mieć co najmniej dwadzieścia nowych klasztorów. Musisz je wszystkie prowadzić tak, jak ja skupiam w swoich rękach prowadzenie męskich klasztorów. Dlatego konieczne jest, abyś przyjęła prowadzenie klasztoru, który zbudujemy ku czci Wiecznego na górze!«

»Mistrzu!« krzyknęła Anaga. »Tak więc i kobiety będą mogły przychodzić na górę Wiecznego? Czy nie jesteśmy zbyt mało znaczące? Wolno nam uczestniczyć w tej wzniosłej łasce? O Wieczny, Wzniosły, Władco wszystkich światów, dziękuję Ci! Dziękuję Ci w imieniu wszystkich tęskniących kobiecych dusz, które chcesz do siebie wydźwignąć!«

Siddhartha był wzruszony słysząc błogie podziękowania kobiety. Mężczyźni, którzy przychodzili na górę Wiecznego cieszyli się wprawdzie, ale uważali to za coś oczywistego, jako pewną nagrodę za to, że chcą służyć. Ale kobiety służyły z wewnętrznego pragnienia i niczego w zamian nie oczekiwały. Jaki przykład!

Życzliwie zwrócił się do Anagi:

»W przyszłości będziemy pracować obok siebie i wspólnie dla dobra całego naszego narodu, Anago. Cieszę się z tego. Masz jeszcze jakieś plany, które moglibyśmy omówić?«

»Mistrzu,« przyznała się, »chowam w sercu jeszcze jeden wielki pomysł, który nie daje mi spokoju. Wiem, że myśl tę obudziła w mojej duszy posłanka Wiecznego, dlatego będzie na pewno właściwa. Ale ty musisz mi pomóc, aby mogła być urzeczywistniona.

Popatrz, żal mi dzieci naszego narodu. Tyle ich wyrasta bez wiedzy o Wiecznym, nie wiedzą nawet o bogach. Poznałam dzieci, które posiadają w sobie nieuświadomione pragnienie czczenia kogoś, tak mocne, że robią sobie bożki z drewna i szmat i klękają przed nimi. Dokąd to może prowadzić? Te dzieci wyrosną i będą tworzyć naród. Jeżeli nie zatroszczymy się o dzieci, naród przepadnie, zanim jeszcze wyrosną. Nie potrafię wyrazić słowami tego, co czuję,« usprawiedliwiała się kobieta.

»Bardzo dobrze cię rozumiem, Anago,« zapewnił ją Siddhartha. »Jeśli chcemy pomóc narodowi także w przyszłości, musimy zająć się dziećmi. Masz rację! Czy pomyślałaś już o tym, jak to zrobić?«

»Tak, mistrzu!« zawołała Anaga. Ucieszyła się, że jej tak wielka prośba nie spotkała się ze sprzeciwem. »Uważam, że moglibyśmy budować szkoły, w których mogłyby być nauczane dzieci tych rodziców, którzy znaleźli drogę do Wiecznego…«

Siddhartha jej przerwał.

»Szkoły?« zapytał się. »Jak wiesz, mamy szkoły dla dorosłych. Czemu by się miały dzieci w szkołach uczyć? W całym kraju nie ma ani jednej szkoły dla dzieci. Jak to sobie wyobrażasz?«

»Nie mam namyśli takich szkół, jak dla dorosłych,« mówiła Anaga i mimowolnie uśmiechnęła się.

Tym pomysłem zajmowała się już dość długo i dobrze teraz wiedziała o tym. Dlatego nie mogła zrozumieć, że mistrz nie od razu wpadł na to, jakie szkoły ma na myśli.

»Wyobrażam sobie, że zgromadzimy małe dzieci i poprowadzimy je ku czystości, moralności i umiłowaniu pokoju. Będziemy je uczyć poznawania Wiecznego w takim stopniu, w jakim dusza dziecięca jest zdolna to przyjąć i nauczymy je czcić Go! Oprócz tego możemy dziewczętom pokazać, jak się szyje, wyszywa, jak się zbiera zioła a jak powinno się opiekować chorymi. Każdej według jej zdolności. Chłopcy nas i tak opuszczą w wieku sześciu lat.«

»Dlaczego chcesz chłopców już tak prędko odsyłać?« pytał się mistrz.

»Ich dalszym wychowaniem muszą zająć się mężczyźni. W tym wieku już pomagają w warsztatach albo robią coś innego użytecznego. No tak, chłopcy mają się lepiej niż dziewczęta,« dodała z westchnieniem.

»Anago, a gdybyśmy rozdzielili dzieci już wcześniej? Osobno chłopcy a osobno dziewczęta. Wy kobiety uczyłybyście dzieci we wczesnym dzieciństwie; do ich młodych dusz włożyłybyście pierwsze pojęcie o Panu świata. Starszymi dziewczętami zaopiekowałybyście się wy, natomiast chłopcy przeszliby do szkoły, gdzie nauczają bracia.«

Anaga znowu ucieszyła się.

»Gdyby to tak było możliwe, spełniłyby się moje najpiękniejsze sny! Właśnie tak to sobie wyobrażałam, ale nie miałam odwagi powiedzieć ci tak dużo na raz.«

»Zawsze mi powiedz o wszystkim, o czym myślisz, Anago! Pomożesz w ten sposób nam obojgu i narodowi. Twoje pomysły są jasne i dobre!«

Przez wiele dni omawiali różne plany, rozważając je i znowu odrzucając jako niewykonalne. W końcu zgodzili się z tym, żeby wszystko zostało urządzone tak, jak rozmawiali o tym po raz pierwszy.

W całym kraju rozpoczęto budowy. Szkoły, proste domy z przewiewnymi pomieszczeniami, budowano w dolinach, aby mogły do nich chodzić i te najmniejsze dzieci. Klasztory żeńskie znajdowały się zawsze w połowie odległości między szkołą a męskim klasztorem. Zawsze były więc pod ich ochroną, ale niezależne.

Siddhartha sam osobiście objeżdżał wszystkie klasztory, aby omówić z przełożonymi wszystkie problemy. Wszędzie, gdzie tylko przyszedł, znajdował radość, nikt nie sprzeciwiał się, czego wcześniej mistrz się obawiał. Nadszedł czas, gdy owoce musiały dojrzewać. Tak właśnie było. Było to piękne, jak wszędzie stale przejawiała się wola Wiecznego, gdy tylko się o nią dbało.

Klasztor dla sióstr wybudowany został też na górze Wiecznego. Tak jak wszędzie, nie mógł stać na wierzchołku, ale zbudowano go tak wysoko, aby kobiety nie czuły się odtrącone. Dalej w dolinie wybudowano szkołę, jasna prosta budowla.

Po ukończeniu wszystkich prac Siddhartha wyruszył w drogę do Srinaru. Wymyślił plan, jak najlepiej zorganizować przesiedlenie do nowych klasztorów. Ten plan przyniósł mu radość.

Ściśle określonego dnia pojawił się w Srinarze ze stadem oswojonych słoni. Wszyscy podziwiali zwierzęta, które wprawdzie dobrze znali, ale w takiej ilości jeszcze nigdy nie widzieli.

Na prośbę Anagi, kobiety, które opuszczały klasztor miały być najpierw pobłogosławione, aby mogły przejąć pracę poświęconą służbie Wiecznemu.

Siddhartha ze zdumieniem zauważył, jak dużo kobiet tu było. To już naprawdę był najwyższy czas, aby się rozdzieliły i odeszły do innych klasztorów.

»Nie zauważyłeś u tych kobiet czegoś szczególnego?« pytał przełożonego klasztoru męskiego, który spacerował z nim między budynkami.

»Nie mogę powiedzieć, mistrzu, przyzwyczaiłem się do nich. Chociaż wydaje mi się, że są szczęśliwsze niż inne kobiety. Wszystkie są piękne,« dodał jeszcze. »Czy Anaga specjalnie wybierała kobiety wyjątkowo ładne?«

»W to nie wierzę,« śmiał się Siddhartha. »Wszystkie nasze kobiety są piękne. Jeśli tak nie wyglądają, to jest to nasza wina. Uważaliśmy je za mało znaczące, a nawet je gnębiliśmy. Siostry te są teraz wolne od wszystkich pęt. Dlatego ich dusze mogą rozwijać się, a to uszlachetnia ciało i upiększa je.«

Uroczystości odbywały się na wielkim placu. Przebieg ich był przepiękny. Siddhartha błogosławił kobiety i obiecywał im siłę z góry, jeśli będą stać w czystej służbie Wiecznemu.

Po zakończeniu uroczystości odwiedził z kilkoma kobietami i braćmi nowo wybudowaną szkołę. Przywitały ich wesołe głosy.

Małe dzieci, które Anaga tu zgromadziła, ciekawie spoglądały na przybyszów i cieszyły się z zabawek, które im siostry dały do zabawy. Ciałka dzieci wyglądały żałośnie – dzieci były wygłodzone i nosiły ślady zupełnego zaniedbania, a nawet złego obchodzenia się z nimi. Ale pod troskliwą opieką pomału wszystko zmieni się na lepsze.

Dopiero następnego dnia okazało się, po co Siddhartha wziął ze sobą tyle słoni. Miały pomóc kobietom w przebyciu trudnej podróży.

Mistrz zdecydował, że wszystkie kobiety pojadą z nim do Utakamandu. Tam chciał pozostawić te, które były wyznaczone dla tamtej szkoły i klasztoru. Z pozostałymi chciał jechać dalej, od klasztoru do klasztoru, w ten sposób zostałoby mu kilka tych, które razem z Anagą miały żyć na górze Wiecznego.

Ale takie proste, jak wyobrażał sobie Siddhartha, to nie było jednak. Większość kobiet bała się wielkich zwierząt i tylko dzięki stanowczemu namawianiu dały się nakłonić do tego, by usiąść w wygodnych siedzeniach na grzbietach słoni. Tam się zupełnie załamały.

Anaga, która szybko pokonała swój strach, pocieszała je i zapewniała Siddharthę, że ich przerażenie prędko minie.

Trwało to jednak kilka dni, zanim współtowarzyszki podróży zaczęły zajmować swoje miejsca bez ciągłego przekonywania. Cieszyły się, że zobaczą Utakamand, ponieważ tam będą mogły przez kilka dni odpocząć i zazdrościły tym, które tam mogą zostać.

Siddhartha również cieszył się, że znów zobaczy ukochaną szkołę. Cieszył się też, że spotka Rahulę, swego syna. Miał od niego same dobre wiadomości. Klasztor i szkoła kwitły. Siostry przywitano z otwartymi ramionami, ponieważ im głębiej wnikano w życie ludzi, tym wyraźniej zauważano, że kobiety są niezastąpione.

»Czy jesteś szczęśliwy z tej funkcji, synu?« zapytał ojciec, którego spojrzenie z zadowoleniem spoczęło na szczupłej, męskiej sylwetce syna.

»Tak ojcze, jestem szczęśliwy i wierz mi, nie potrafię wyobrazić sobie piękniejszej pracy! Jest mi żal Suddhodhany, który musi męczyć się z ludźmi różnej wiary. Spójrz, jak wspaniale wszystko się rozwija! Dlaczego? Dlatego, że wszyscy myślimy tak samo i wszyscy służymy jednemu Panu!«

»Jestem pewien, że Suddhodhana nie zamieniłby się z tobą. On jest urodzonym władcą! Ma zupełnie inny charakter niż ty. Rysy zewnętrzne odziedziczył po swej matce, ale wnętrze ma po ojcu, którego imię nosi.«

»A mały Siddhartha? Podoba ci się, gdyż nosi takie imię jak ty?« śmiał się Rahula.

»I z twarzy i z wnętrza, jeżeli da się w przypadku tak małego dziecka o tym mówić,« powiedział Siddhartha.

Rahula jednak zamyślił się.

»Tak zupełnie mały chyba już nie jest, ojcze. Przypomnij sobie, ile lat minęło od czasu, gdy go widziałeś. Ma już pewnie aż dziesięć lat.«

»Wydaje mi się, że czas leci coraz szybciej. Każdy dzień jest tak wypełniony, że nie mam wolnej chwili. Czy to naprawdę było tak dawno, kiedy bawiłeś się z małpami i wężami?«

»Pomyśl, ile wydarzyło się od tamtych czasów!« przypomniał syn. »Zbudowano dużo klasztorów i szkół. Wymagało to wiele czasu.«

Siddhartha niechętnie żegnał się z tym kawałkiem ziemi, który szczególnie polubił i z ludźmi, których tu zostawiał. Musiał jechać dalej. Jego droga prowadziła go od klasztoru do klasztoru, wszędzie sprawdzał czy jego postanowienia były spełniane i powierzał zadania kobietom.

Przejeżdżali koło Srinaru. Już zbyt długo delikatne kobiety były w podróży. Siddhartha zwrócił uwagę, że nie przemyślał dobrze drogi. Uświadomił to sobie i przy najbliższym postoju rozmawiał o tym z Anagą.

»Dlaczego nie zwróciłaś uwagi na mój błąd, Anago?« z wyrzutem zapytał?

Popatrzyła na niego przyjaźnie.

»To nie ma znaczenia, mistrzu, że droga nas zmęczyła. Przeżyłyśmy za to wiele radości. Widziałyśmy piękne rzeczy i co jest o wiele cenniejsze, dużo się nauczyłyśmy. Oprócz tego mogę teraz wyobrazić sobie prowadzące przy pracy, a to na pewno jest ważne.«

»Tylko mnie nie usprawiedliwiaj. Nie pomyślałem o tym wszystkim, wziąłem was ze sobą tak, jak się bierze zboże, które trzeba w różnych miejscach zostawić. Nieustannie przekonuję się, że nie umiem postępować z kobietami,« odpowiedział Siddhartha.

OBCY GOŚCIE wnieśli ze sobą trochę niepokoju.

lipiec 22, 2009 - autor: Jezus Chrystus

OBCY GOŚCIE wnieśli ze sobą trochę niepokoju. I chociaż na wyraźne polecenie Siddharthy, każdy uczeń i każdy pracownik musiał pilnować swojej pracy, to i tak wydarzyło się wiele okazji, kiedy ludzie mogli między sobą wymienić swoje poglądy i o wielu sprawach porozmawiać.

Najbardziej wszystkich poruszyła myśl, że ich mistrz był kiedyś księciem. Było to dla nich coś nowego, z czego się cieszyli. Ich myśli nie mogły długo zostać skryte przed mistrzem. Jak tylko to zauważył, starał się sprowadzić wszystko na właściwe tory. Zwołał ich na wielki plac i napominał.

Ich zachowanie w obecności gości pokazało, że jeszcze długo potrwa, zanim będą w sobie tak pewni, że nie będą na nich wpływać wydarzenia z zewnątrz. To nie jest właściwe, że tak otwarcie poddają się wpływom ludzi inaczej usposobionych i wychowanych. Przede wszystkim nie jest w porządku, że teraz jeszcze zajmują się myślami, które nie powinny w nich wzbudzać zainteresowania, zwłaszcza na górze Wiecznego.

Jest w tym coś szczególnego, że kiedyś był księciem? Przecież wszyscy byli kiedyś wcześniej kimś innym, zanim zostali służebnikami Wiecznego. Czyż nie jest lepsze być służebnikiem Pana wszechświata niż księciem małego kraju?

Tak do nich mówił jeszcze długo, aż zauważył, że się zawstydzili. Wtedy ich zwolnił zachęcając, aby ze zdwojoną pilnością nadrobili stracony czas.

Siddhartha starał się zagłębić w swoich notatkach, ale znowu mu przerwano. Tym razem przyszedł Maggalana a za kilka dni Ananda. Obaj przyszli z tym samym problemem. W kraju pojawił się mędrzec, który się nazywa Dżina i głosi, że bogom można się przypodobać jedynie poprzez dręczenie i kaleczenie siebie oraz inne podobne rzeczy.

Siddhartha z oburzeniem potrząsnął głową, ale potem powiedział:

»Ma nas niepokoić to, czego uczy jakiś głupiec? Kto mu chce wierzyć ten na nic lepszego nie zasłużył!«

»Ale on zwodzi ludzi!« obstawał przy swoim Ananda. »Mistrzu, było by dobrze, gdybyś przeciwko niemu wystąpił!«

»Co masz na myśli, Anando?« pytał Siddhartha poważnie. »Chcesz mi radzić, abym odszukał tego heretyka i publicznie prowadził z nim dyskusję? Może mam iść po jego śladach i mówić ludziom: nie wierzcie w to, czego uczy, bo to nie jest prawda?«

Anandę to dotknęło. Oczekiwał, że Siddhartha pełen oburzenia wystąpi przeciw duchowemu oportuniście, aby już nie szkodził. Zamiast tego wydaje się, że mistrzowi jest obojętne, że ktoś szerzy herezję.

»Popiera ten mężczyzna Pana świata?« pytał Siddhartha.

»Nie,« odpowiedzieli obydwaj uczniowie jednocześnie. »On o nim w ogóle nie mówi, opowiada tylko o starych bogach, których znasz.«

»Więc jego nauka nas wcale nie dotyczy,« zdecydował Siddhartha. »Gdyby atakował Wiecznego, musielibyśmy całą siłą wystąpić przeciwko niemu.

Ale jest obojętne, jeżeli ludzie okaleczają się, aby przypodobać się tym, którzy zupełnie nie mogą im pomóc. Kto poznał Wiecznego, ten będzie uważał, aby nie stał się ofiara takich błędów. Inni niech robią, co chcą.«

Uczniowie widzieli, że Siddharthy do niczego nie nakłonią. Wieczorem razem rozmawiali w ogrodzie. Tu Maggalana rzekł:

»Właściwie się wstydzę, że z tym głupstwem poszedłem do mistrza.«

»Wstydzić się? A dlaczego?« zawołał Ananda ze złością. »To nie jest mądre ze strony Siddharthy, że tak mało go to interesuje. Jeśli Dżina zacznie zakładać szkoły, stracimy zwolenników!«

»Anando, opamiętaj się!« napominał Maggalana. »Mistrzowi przecież nie zależy na ilości zwolenników, ale na tym, aby ludzie poznali Pana świata i tym samym uwolnili się z pęt grzechów. Dlatego też nie troszczy się o tych, którzy nie chcą nic wiedzieć o Wiecznym. Właśnie dlatego wstydzę się, że nie potrafiłem odróżnić tego, co poniża Pana świata od tego, co poniża ludzi.«

»Teraz mówisz prawie tak uczenie, jak mistrz,« dziwił się Ananda. »Niekiedy ciebie nie rozumiem.«

»A jednak ma rację,« wtrącił się do rozmowy inny głos. »Nie gniewajcie się na mnie, że wysłuchałem waszych poglądów. Kto chce mówić potajemnie nie może mówić tak głośno.«

Uczniowie obejrzeli się i poznali Sariputtę, który teraz podszedł bliżej. Jogin był już bardzo stary, jednak jego duch zachował godną podziwu świeżość.

Wszyscy go bardzo lubili, a teraz obydwaj uczniowie byli przygotowani na to, by Sariputta doprowadził ich do zgody.

Spokojnie im wyjaśniał, jakie by to było bezcelowe, gdyby mistrz wyszedł ze swego miejsca na ulice i place i tam walczył z niejakim Dżiną. Czego złego uczy ten nowy mędrzec? Nie wie nic o Panu świata. Dobrze, ale tego nie wie i wielu braminów. Wierzy w starych Bogów? I jest to lepsze, niż gdyby przynosił nowych albo wprowadzał bałwochwalstwo.

Chce wykupić grzech kara, którą człowiek wyznaczy sam sobie? Temu nie można nic zarzucić, zawsze jest w tym coś dobrego, jeżeli ludzie czują żal za swoje grzechy.

»On tylko tak mówi Sariputto!« wykrzyknął Ananda, który niechętnie pozwalał mówić innym. »Mówi, że celem okaleczenia jest odpuszczenie grzechu, ale oprócz tego mówi, że można tak wymóc sobie lepsze miejsce na tamtym świecie. Nawet ponoć powiedział: za rękę srebrne krzesło, za rękę i nogę złote krzesło, za głodowanie tron na tamtym świecie. Kto wszakże spowoduje, aby urosły mu krzywe i zniekształcone kończyny, ten podobno sam stanie się jednym z niższych bogów.«

Sariputta wybuchnął śmiechem.

»Jeżeli w takie nonsensy ludzie wierzą, to nie zasługują na nic lepszego. Ale wy już się nie spierajcie! Jeżeli stajemy przed mistrzem, nie może być między nami sprzeczności.«

Maggalana Anandzie z radością podał rękę, a ten ją z ochotą uścisnął. Na odejście Sariputta mówił:

»W nakazie mistrza, żebyśmy w każdej sytuacji zachowywali spokój, jest przecież coś bardzo pięknego.«