SARIPUTTA był ułożony do odpoczynku tak, jak wcześniej Anaga i jak to było w zwyczaju po drugiej stronie Himalajów.
Dotąd było zwyczajem, że martwe ciała dostojnych mężów były spalane na stosach. Do im wyższej kasty zmarły należał, tym szlachetniejszego drzewa używano.
Jeżeli zmarł bezdzietny, albo jeżeli synowie zmarłych byli już tak samodzielni, że nie potrzebowali matki, wdowy dawały się spalić razem ze zmarłymi, aby ich dusze przeszły na tamten świat z duszą męża.
Cielesne szczątki wszystkich innych były zawijane do płócien i odnoszone do lasu, gdzie zostawiano je na pastwę zwierzętom. Ponieważ według wiary braminów dusza właśnie rozpoczynała wędrówkę, nie było ważne, co stanie się z ciałem.
Od czasów, gdy szerokie masy ludzi uwierzyły w Wiecznego, Siddhartha ten straszny zwyczaj wytępił. Żarliwie walczył przeciwko paleniu wdów i przeciwko profanowaniu zwłok poprzez wynoszenie ich do lasu, ale nic lepszego ukazać nie potrafił.
Pozostawił ten problem woli ludzi, czy będą swych martwych spalać na stosach. Większość tak robiła, ale niektórzy odnosili zwłoki do poświęconej rzeki Ganges.
Pewnego dnia Rahula opowiadał, jak pochowują swoich zmarłych w klasztorach tybetańskich. Jego opis zainteresował Siddharthę tak, że ten postanowił wprowadzić ten sposób i tu. Dlatego polecił Anagę i Sariputtę pochować w małych jaskiniach na górze Wiecznego.
Jaskinie były zamurowane, a przed nimi stały tablice nagrobkowe z krótkim napisem. Przed grobem Anagi można było przeczytać:
»Anaga, nasza siostra w duchu.«
Grób był położony tak, że kobiety mogły łatwo przechodzić obok niego. Przynosiły z sobą kwiaty, które kładły na tablicy albo na ziemi.
Kiedy miała być przygotowana tablica dla Sariputty, Siddhartha długo rozmyślał o odpowiednim napisie. Nie mógł przypomnieć sobie niczego, co by zwięźle wyraziło to, co sam chciał powiedzieć.
Zaproponował już wiele napisów, ale za każdym razem, kiedy miał oddać projekt pomagającemu bratu, by ten wyciosał go na tablicy, niszczył napis. Tak było i dziś.
Nagle podszedł do niego Gautama. Chłopiec od śmierci Sariputty bardzo spoważniał. Siddhartha nie wiedział, co się w tej duszy odgrywa. Ale ponieważ wnuk sam o tym nie mówił, dziadek szanował jego milczenie.
»Siddhartho, czy dałeś już polecenie na wykonanie napisu na Sariputty nagrobku?« spytał skromnie. Pytany pokręcił głową.
»Proszę cię więc, abyś pozwolił wyciosać te słowa: »Sariputta, nasz brat, był u nas. Wróci znowu jako brat i będzie pomagać całemu naszemu narodowi.««
»Jest to dobre, Gautamo, powiedz bratu, aby to wyciosał.«
To było wszystko, co mógł Siddhartha powiedzieć. Wzruszyło go, że chłopiec wpadł na to, o czym on gorliwie przez wiele dni nadaremnie myślał.
Anaga miała rację – Gautama był z nich trzech największy.
Gautama odwrócił się, aby odejść i wypełnić polecenie mistrza. Ale jeszcze obejrzał się i powiedział głosem wyrażającym jasność i pewność decyzji:
»Siddhartho, miałbyś dla mnie czas? Później chciałbym cię o coś zapytać.«
Mistrz przytaknął i chłopiec pobiegł. Siddhartha w tym momencie uświadomił sobie, że teraz dowie się, czym jest zaabsorbowana jego czysta dusza. Zauważył też, że Gautama zwrócił się do niego imieniem Siddhartha. Chciał zapytać, dlaczego.
Chłopiec wrócił bardzo szybko. Usiadł u nóg Siddharthy na skórze tygrysa. Siddhartha przyglądał się czystym rysom twarzy, które wyglądały poważnie, bez najmniejszych śladów wzruszenia. Młoda twarz wyrażała spokój i opanowanie.
»Siddhartho, ty wiesz, że cieszę się, że tu jestem…«
Serce Siddharthy zamarło z niepokoju. Czyżby chłopiec chciał go opuścić? Znalazło to odbicie w jego twarzy.
Gautama proszącym gestem położył rękę na ręce dziadka.
»Ale ja muszę iść dalej,« kontynuował opanowany głos młodzieńczy. »Muszę poznać wszystkie klasztory w kraju i cały naród jako całość. Sariputta mi to powiedział w swojej ostatniej godzinie. Nie zrozumiałem jego słów od razu, ale wiedziałem, że jest to polecenie Wiecznego.
Teraz to wiem, a Sariputta mi pomaga. On jest jeszcze bardzo blisko nas, ale teraz rozumie wszystko lepiej niż przedtem. Widzi to inaczej.
Powiedział mi, że tu, na ziemi wierzył, że to, czego oczekuje ode mnie Wieczny, mogę spełnić tylko jako władca. Teraz wszakże wie, że mogę służyć z jakiegokolwiek miejsca. I jeśli będę kimkolwiek, muszę służyć całemu narodowi, wszystkim synom Indusu, nie tylko jego jednej części. Dlatego teraz muszę także ich wszystkich poznać.
Ty sam też w swej młodości byłeś prowadzony przez cały kraj, dlatego mnie zrozumiesz!«
»Ale ty jesteś młodszy, niż ja byłem wtedy,« zarzucił Siddhartha, któremu słowa chłopca sprawiały ból.
»Doprowadzono cię do tego bardzo późno, było to związane ze szczególnymi okolicznościami twojego życia, Siddhartho. Mnie pozwolono rozpocząć wcześniej. Pozwolisz mi odejść, tak? Rano Savi chce jechać ze swoimi przewodnikami do domu. Pozwól mi z nim odjechać!«
»Już rano?« zapytał wstrząśnięty Siddhartha.
Ale zapanował nad sobą. To, że przywiązał się tak do dziecka, jest oznaką starości. Tak nie może być!
»Jedź i ucz się, moje dziecko,« mówił miękkim głosem. »Widzę, że jest to wola Pana wszystkich światów. Jeśli chcesz być jego służebnikiem, to cię poprowadzi i pozwoli ci się przygotować. My, ludzie nie powinniśmy w to ingerować.«
Gautama gorąco podziękował, a jego twarz, na początku tak poważna, rozjaśniała z radości.
Przygotowania do odjazdu skończyły się tak szybko, że Siddhartha miał prawo sądzić, że Gautama miał wszystko już dawno przygotowane.
»Nie chciałbyś jechać najpierw do Rahuli?« pytał wieczorem chłopca. »Przyjmie cię z miłością i zrozumie cię, jest taki sam, jak my.«
»Właśnie dlatego nie chcę jechać najpierw do niego!« rzekł Gautama zdecydowanie. »Muszę uwolnić się ze wszystkich ziemskich pęt, wszystkich wpływów, które powstają na podstawie tego samego pochodzenia. Nie mogę znać ani ojca, ani matki, żeby mnie mógł Wieczny sformować tak, jak mnie będzie potrzebował. Muszę być w jego stworzeniu wolny! Mogą mnie kształtować wszyscy jego służebnicy, wszystkie moce i siły, które od niego pochodzą, ale nie bardziej kochający ludzie.«
»To dlatego mówisz do mnie Siddhartha?« pytał starzec z budzącym się zrozumieniem.
»Tak, dlatego! Wyszło to samo z siebie. Szanuję cię jako mistrza, którym jesteś dla mnie i dla wszystkich pozostałych. Tylko w ten sposób mogę czuć się z tobą połączony. Więzy łączące mnie z dziadkiem musiałem rozwiązać.«
Pożegnanie, przebiegające następnego dnia rano na oczach braci było serdeczne, ale bardzo krótkie. Braciom było żal, że Gautama odchodzi. Odprowadzały go niezliczone życzenia błogosławieństwa, a jeszcze więcej próśb, aby szybko wracał.
Wszystkim brakowało słonecznej obecności chłopca. Nie był głośny, rzadko zwracał na siebie uwagę, ale źródło radości, które tryskało z niego na innych, teraz dla wielu wyschło.
Inni jednak czuli, że źródło istnieje nadal, zauważyli, że Gautama był w duchu często z nimi i że to połączenie może pokonać odległości.
Do nich należał także Siddhartha. Jego tęsknota do obecności Gautamy nie trwała nawet jednego dnia, kiedy znalazł w duchowym promieniowaniu bogatą rekompensatę. Przypomniał sobie złote nitki, które wokół niego kiedyś tkały pobożne modlitwy Mai. Jak mógł o tym zapomnieć!
I te nitki miały go czegoś nauczyć. Ukazywały mu przecież wyraźnie, że modlitwy nie są daremne, jeżeli wychodzą z czystego serca. Przyczepiają się do drugiej osoby, pokrzepiają ją i wytwarzają połączenie. Gdzie? Wystarczy, jeśli nawiąże się kontakt między dwojgiem ludzi? Siddhartha myślał dalej.
Nie, modlitwy muszą płynąć w górę, do tronu Wiecznego, dopiero potem mogą mieć skutki. Do czego służą w takim razie złote nitki, które łączą jednego człowieka z drugim?
Siddharthcie przerwano rozmyślania ogłaszając przyjście obcych, których zauważono na drodze. Od czasu, gdy drogi nie strzegły węże, byli ludzie podwójnie czujni. Jeszcze nigdy wprawdzie do góry Wiecznego nie zbliżyło się nic złego, ale Amuruddba był też nad wyraz ostrożny.
I on zestarzał się i jego odejście będzie ciężkim ciosem dla góry. Mistrz postanowił jak najszybciej z nim porozmawiać i poprosić go, aby wychował swego następcę. Któżby troszczył się o te wszystkie sprawy, które wierny Amuruddba milcząco i niezauważalnie wziął na siebie?
Znowu chciał zanurzyć się w rozmyślaniach, gdy zabrzmiało wołanie, że goście właśnie przybyli. Kroki szybko zbliżały się do komnaty. Książę Suddhodhana! To była nieoczekiwana radość! Ojciec i syn przywitali się.
Jak tylko książę usiadł, zapytał:
»Gdzie jest chłopiec Siddhartha? Chciałbym z nim porozmawiać o czymś ważnym.«
Mistrz wystraszył się. Prawie jąkając się opowiadał, że Gautamy nie dało się zatrzymać.
»To go nie ma?« zawołał ojciec i słoneczny uśmiech przeleciał przez jego twarz. »A ja specjalnie właśnie po to tu przyjechałem! Dowiedziałem się, że mój najstarszy syn ma zamiar poświęcić się służbie Wiecznemu i zrzec się księstwa. Przyszło mi do głowy, że najwyższy czas, aby syn poznał cały nasz naród, ponieważ całemu narodowi ma kiedyś pomóc.«
»Obydwaj, ty i Gautama, mówicie o »naszym narodzie«. Co macie na myśli? Chłopca nie chciałem pytać, ale ty mógłbyś mi wyjaśnić, co kryje się pod tymi słowami?«
Suddhodhana odpowiedział bez dłuższego zastanawiania:
»Nasz naród to wszyscy, którzy pochodzą z plemienia Indusów, wszystko jedno, czy są to Drawidowie, Virudowie albo Vastusovie. Według prastarych podań, ojcem tych wszystkich ludzi był Indus. Ludzie ci zamieszkują tereny między Himalajami a morzem, niezmiernie rozległe ziemie, omywane ze wszystkich stron burzliwymi falami. Tylko z jednej strony wznoszą się do zawrotnych wysokości ośnieżone góry, strażnicy naszych granic.
Cała ta ziemia rozdzielona jest pasami gór albo pojedynczymi szczytami na wiele małych części, którymi władamy my, książęta. To jest właściwe. Naszym głównym obowiązkiem jest troska o naszych poddanych.
Poza książętami są również potrzebni tacy mężowie, jak ty, ojcze i jakim ma się stać chłopiec Siddhartha, którzy na wszystkie małe księstwa patrzyliby jak na jedną całość, jak na swój naród, którzy zjednoczyliby je w jednej wierze i pomagaliby mu wewnętrznie i zewnętrznie się wzmocnić.«
Suddhodhana na chwilę umilkł.
»Ojcze,« kontynuował po chwili pełen miłości. »Długo o tym rozmyślałem, byłem bliski tego, by wyrzec się swego księstwa i również poświęcić się służbie Wiecznemu. Ale mały Rahula jest jeszcze zbyt mały. Musiałbym czekać, aż będzie na tyle rozumny, aby móc panować.
Ale światły poseł, który w międzyczasie przyszedł do mnie, ukazał mi, że jeśli będę właściwie pełnić swoje zadanie jako książę, to też mogę służyć Bogu. Przykazał mi, że muszę nakłonić swego syna Siddharthę do dalszego uczenia się, w końcu powierzył mi zadanie, które wolno mi wykonywać w służbie Wiecznemu.
Dlatego na pewien okres opuściłem kraj. Odwiedzam jedno księstwo po drugim i dogaduję się z władcami. Światły poseł mi przykazał, abym ostrzegał przed niebezpieczeństwem, które grozi narodowi, jeżeli nie zjednoczymy się ze sobą. Mam spróbować utworzyć związek, w którym w razie niebezpieczeństwa i biedy wszyscy będą wzajemnie sobie pomagali.
Jeśli to mi się uda, wtedy i droga naszego Siddharthy będzie łatwiejsza.«
Starzec Siddhartha uważnie śledził te wyjaśnienia a potem rzekł z westchnieniem:
»Widzę, że starzeję się, ponieważ czuję radość, gdy pomyślę, że nie będę musiał rozwiązywać ani twego ani Gautamy zadania. Rozumiem jednak, że myśl o zjednoczeniu wszystkich plemion uszczęśliwia was. A teraz powiedz mi coś o swoich bliskich.«
Książę opowiadał tak interesująco, że wzbudził w Siddharthcie tęsknotę za tym, aby wszystkich zobaczyć.
»Może jeszcze kiedyś zobaczę swój stary kraj,« rzucił będąc w dobrym nastroju, »i nawet, gdyby to było tylko po to, żebym zobaczył swoich potomków, którzy wyrastają w pałacu.«
»Ojcze, miałbyś też zobaczyć świątynię, którą wybudowaliśmy. Nie rozumiem, że ci jej nie brakuje. Jest to tak uroczyste, gdy modlimy się do Pana Światła w pięknie ozdobionej świątyni.«
»Może być piękniejsza świątynia, miły synu, niż ta, którą zbudował On sam? Kiedy nad nami nieskończony błękit nieba, kiedy nas owiewa zapach kwiatów albo kiedy wiatr śpiewa, tworząc naszym głosom akompaniament, wtedy czujemy, że stoimy w środku stworzenia Wiecznego. Jesteśmy połączeni z jego dziełem, wyczuwamy łączność z jego służebnikami i dlatego właśnie, mimo całej niedoskonałości jesteśmy z nim połączeni.«
»Owszem, ojcze, tak to czujesz i rozumiesz ty,« rzekł Suddhodhana dotąd nie przekonany. »Wierz mi, niewielu ludzi czuje tak samo. Nieświadomie jednak coś tracą, jeżeli odmawiasz im wybudowania świątyni Wiecznego!«
Siddhartha obiecał, że porozmawia o tym ze swoimi wiernymi, ale dodał:
»I nawet, jeżeli zdecyduję się na budowę świątyni, to i tak zbuduje ją na pewno Gautama. Proszę Pana świata, aby mnie zostawił w tej funkcji tak długo, dopóki Gautama nie wydorośleje, aby mógł przejąć ją z moich rąk. On liczy pewnie na to, że powołam swego najstarszego syna, ale Rahula już za bardzo zrósł się z Utakamandu, a dla góry Wiecznego trzeba świeżych sił.«
Potem powiedział mu, co przekazała Anaga przed swoją śmiercią, mówił też o Sariputtcie, ale tylko to, co wiedział sam. O najważniejszych sprawach jogin mówił, zanim do niego sam przyszedł.
Suddhodhana zapytał później, czy ojciec rozumie jeszcze mowę zwierząt. Siddhartha przytaknął, ale od razu dodał:
»I w tym Gautama mnie prześcignął. Wspaniale potrafi obchodzić się z tym co stworzone. Mówi nawet z kwiatami i drzewami.«
»Nie chciałbyś wypróbować jeszcze raz swych umiejętności?« pytał się syn. »Przyniosłem ci dwóch nowych strażników góry.«
Zaklaskał. Słudzy, którzy czekali tylko na ten znak, weszli położyli u nóg mistrza dwa lwiątka. Zwierzątka się do niego z zaufaniem łasiły. Pochylił się nad nimi i pogłaskał je.
»Suddhodhano, myślisz naprawdę, że moglibyśmy pozwolić tym drapieżnym zwierzętom swobodnie tu biegać? Czym będziemy je żywić, gdy podrosną? Musielibyśmy pozwolić im przecież polować na zwierzęta, ale my nie chcemy, aby była na górze Wiecznego przelewana krew.«
Mistrz troskliwie przyglądał się przemiłym, ale niepożądanym gościom.
»Ojcze, zostaw je tu aż do mego odjazdu,« zaproponował książę. »Wtedy może znajdzie się jakaś rada.
Lwiątka się od Siddharthy nie chciały oderwać i chodziły za nim wszędzie jak psy. Kiedy Siddhartha szedł na plac na nabożeństwo, trzeba było je zamykać, aby nie szły za nim. Ale i tak długo i żałośnie miauczały, aż mistrz musiał im obiecać, że szybko wróci.
Lwiątka gorliwie przepędzały myszy, czym bardzo pomagały osadzie, bowiem według niezwykłego rozmnożenia się tych szkodników można było poznać, że nie ma tu węży.
Siddhartha oczekiwał z napięciem następnej wizyty małp, ale te spryciarki cieszyły się z małych lwiątek i bawiły się z nimi. Wyglądało to, jakby zwierzęta kierowały się nakazem, że na górze Wiecznego musi panować pokój.
Dni przeszły w tygodnie a Suddhodhana wyruszył w dalszą drogę. Lwiątka jednak tu zostawił. Kiedy Siddhartha to zauważył syn był już zbyt daleko, aby można było go zawrócić. Może później znajdzie się rozwiązanie, co z nimi.
Na razie mistrz cieszył się z wesołych i przymilnych zwierząt.